Szukaj na tym blogu

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą medytacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą medytacja. Pokaż wszystkie posty

Dziewięć dni tygodnia 1/9 Dzień Dziewiąty, czyli zaczynamy odliczanie 9-8-7-6-5-4-3-2-1!


1 października 2006 - niedziela, wieczór. Po raz pierwszy w życiu – przynajmniej na ile tego jestem świadoma – przeżywam prawdziwy napad lęku. Dzieje się to w drodze na mszę, trzy metry od bezpiecznej ściany kościoła. Lęk naprawdę opanowuje człowieka: rozum i wola są bezradne, zaanektowane przez coś jakby zewnętrznego – niezrozumiały lęk. Zatrważające, ale i ciekawe doświadczenie. Chcę zrozumieć istotę tego zjawiska. Wysiłek woli tu chyba nie wystarczy. A może to przejaw jej słabości? Czyżby moje różne życiowe uniki były przejawem wrodzonej lękliwości? A może to zachęta do pokory: uznać swoją słabość i w niej doskonalić swą moc?



Pan Przyjacielem moim.
LIST DO ŻYCIA
1.


Coraz trudniej jest mi wytrzymać stres związany z wydarzeniami ostatnich siedmiu lat. W sprawach zewnętrznych jest to kwestia bankructwa i związanych z tym długów, procesów sądowych, kontaktów z komornikami i firmami windykacyjnymi [Piękne bankructwo]. W sprawach wewnętrznych jest to – nawet trudniejsza i boleśniejsza – kwestia zaproszenia ze strony Boga (z Twojej strony, Panie), które zaprowadziło mnie przez różne przeszkody, które z uporem pokonywałam, do X [Być mniszką].


Nie jestem w stanie do końca zrozumieć splotu tych dwóch spraw (dwóch bankructw). Firma i zakon. Cierpię. Moje nerwy są obolałe od wieloletnich stresów i zgryzot. Coraz słabiej panuję nad skutkami stresów. Mój przeciążony organizm wchodzi w depresję. Takie są fakty. I to wtedy, gdy i w jednej sprawie, i w drugiej, na horyzoncie widać światełko nadziei na wyjście z impasu. Może tak jest naprawdę, że noc jest najczarniejsza tuż przed świtem? Boże, daj mi siłę, daj mi doczekać świtu.


Wszystko we mnie w środku drży, a ciało z wolna zaczyna odmawiać mi posłuszeństwa, tak, jakby chciało żyć swoim własnym – niezależnym od mojej woli – życiem. Nie dające się opanować napięcie mięśni szyi, karku i pleców. Nogi odmawiające posłuszeństwa. Mięśnie napięte, reagujące na nie wiadomo skąd pochodzące impulsy. Pogłębiający się lęk przestrzeni.


Wydarzenie sprzed dziesięciu dni: moje podskoki przed kościołem. Diagnoza psychiatry: napad paniki. Nie miałam w sobie siły, żeby pokonać przestrzeń jakichś trzech metrów! Lęk objął nade mną władzę! Jeszcze nigdy nie doświadczyłam czegoś podobnego. Paraliż, osłupienie, podskoki, które miały mi pomóc uciec przed niebezpieczeństwem (trzy metry otwartej przestrzeni, bez żadnego oparcia!). Wyciągnięta ręka (do ludzi? do oddalonego o trzy metry muru kościoła?) i jak turkot powtarzane słowa: - Ta.., ta..., ta... ! - Początkowo myślałam, że mówiłam: - Tak, tak, tak! - Potem uświadomiłam sobie, że to musiało być: - Tam, tam, tam! - Chodziło mi o mur kościoła, który jawił mi się jak tonącemu brzeg, szalupa, koło ratunkowe. Bo ja czułam się jak topielec – tonęłam w przestrzeni.


Decyzja o wizycie u psychiatry. Kilka miesięcy wcześniej wizyta u neurologa (zaburzenia mowy i pamięci). Obaj lekarze stawiają tę samą diagnozę: napady lęku, stres, depresja. Szczegółowe badania mózgu nie wykazały żadnych nieprawidłowości. Trzeba leczyć depresję. Trzeba wyleczyć się z depresji. Piszę ten tekst, żeby stanąć twarzą w twarz z problemem: TO JEST DEPRESJA! TO SĄ LĘKI! Czuję, że będę się mogła z nimi zmierzyć dopiero wtedy, kiedy spojrzę im w twarz. To jest cena trudnych doświadczeń ostatnich siedmiu lat, i to jest nowe doświadczenie, z którym trzeba będzie się zmierzyć - „stan depresji” i wynikające z niego „obowiązki stanu”. No bo przecież jakoś trzeba w tym stanie żyć.


Pisząc te słowa staram się spojrzeć lękowi prosto w oczy. Nazwać sytuację po imieniu. To jedyny sposób. Każdy mój unik („odwrócony wzrok”) tylko przedłuża moją agonię. TRZEBA WEJŚC W ŚMIERĆ. Nie widzę innej drogi przejścia do ŻYCIA.


Już w życiu w podobny sposób umierałam i wiem, że jest szansa na przeżycie. I pamiętam, Panie, że to ja sama (dziesięć? dziewięć? osiem?) miesięcy temu dałam Ci sygnał, że nadchodzi chwila, kiedy już trzeba mnie rozbić. I chyba właśnie to się dzieje. I powiedziałam jeszcze inne „to trzeba rozwalić” - i to też się rozwala. Oba procesy biegną równolegle – i w tym jest jakiś szerszy sens. Współczuję Matce X, choć moje zawiedzione oczekiwania i zranione emocje pragną odwetu. Współczuję, bo wiem, co to być oskarżonym (bankructwo firmy). Ale też wiem, że wielokrotnie dziękowałam Ci, Panie, za to „piękne bankructwo” - jestem (staję się) przez nie lepsza. I tego samego życzę Matce. Żeby przez obecne doświadczenia stała się lepsza. No i mam świadomość, jak wielkie brzemię odpowiedzialności przed Tobą, Panie, dźwiga na swoich barkach. Odpowiedzialności na życie wieczne. Moje aktualne doświadczenia – w duchu solidarności – ofiaruję za Jej nawrócenie, bo nawrócenia – zdaje się – naprawdę potrzebuje. Amen.


*

Wiele lat temu (trzydzieści dwa lata wstecz, w czasie studiów) przeżywałam nocny koszmar. Sceneria była podobna: noc, samotność, obok gospodyni nieświadoma mego stanu. A samotność jeszcze większa niż dziś, gdyż zupełnie (czy na pewno aż tak całkowicie?) nie znałam Ciebie, Panie.


Na pewno jęczałam te słowa: „Boże”, „Jezu” - ale chyba bez tej obecnej świadomości, jak bardzo prawdziwy jesteś (JESTEŚ, KTÓRY JESTEŚ), i że jesteś w tym, co się ze mną w tej chwili dzieje. Wtedy, na studenckiej stancji, postanowiłam na kartce opisać koszmar, z którym udało mi się – naprawdę niebywałym wysiłkiem psychiki – uporać. Opisać go, żeby w jakiś sposób go okiełznać, żeby już nie wrócił. Opisać, nazwać, określić – żeby zapanować nad nim. Wtedy udało się – po przebudzeniu, rano, nie było po nim śladu w pokoju. Był uwięziony, spętany, na kartce papieru.


Obecnie jest trudniej – tak mi się przynajmniej wydaje, bo koszmar kłopotów (bankructwo w firmie oraz sytuacja w X) pozostaje. Kłopoty są wymierne i konkretne: niespłacone długi i niewyjaśniona sprawa powołania. A wszystko w scenerii wchodzenia w wiek przedemerytalny, który jawi się na ogół jako czas zabezpieczania się na starość, na niedołężność, na samotność obumierania. Gdy tymczasem ja muszę wszystko – po raz kolejny – zaczynać od nowa. Świadomość sytuacji (w tym słabnięcie ciała i jego naturalnych sił) pogłębia depresję. Ale: skąd ja to znam? - MOC W SŁABOŚCI SIĘ DOSKONALI. - TOUGH TRAINING. - Szkoła duchowych komandosów? Nie jestem żadnym herosem! Ta moc – to dar od Ciebie – w mojej słabości.


Tak to widzę. Nie uciekać, nie robić uników, gdyż stres wygoniony drzwiami, wróci niechybnie kominem. Jedyne rozsądne wyjście (lekarze będą radzić co innego), to PODDAĆ SIĘ OBRÓBCE [W Twoich rękach]. Wszyscy lekarze (ogólny, endokrynolog, neurolog i psychiatra) zalecają kurację antydepresyjną. Rozsądek – i może również pokora – kazałyby ją podjąć, ale pierwsza próba wydaje się być nieudana, a to powoduje kolejny stres (czy istnieje dla mnie jakikolwiek ratunek w farmaceutykach?). Zbyt silny środek, niepokojące skutki uboczne, no i to „zafałszowywanie” bólu. Z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że tym razem bez zewnętrznej pomocy mogę nie wytrzymać.


Czuję, jak moja wewnętrzna wytrzymałość na stres pęka . Co może być po drugiej stronie tego pęknięcia? Trzydzieści lat temu, po pierwszym nawróceniu, wisiałam nad przepaścią niebytu, trwałam na granicy obłędu. Teraz czuję zbliżające się załamanie nerwowe – moje ciało, jego system nerwowy, może nie wytrzymać presji okoliczności życiowych. Życiowych okoliczności oraz mojego ich przeżywania: zrozumieć je i wyciągnąć z nich wnioski duchowe. Z łagodnością siebie traktować, ale nie uciekać od prawdy. Miłosierdzia Twego prosić, ale też pragnąć sprawiedliwości – przede wszystkim w odniesieniu do mnie samej. Wydaje mi się, że to podejście do siebie samej upoważnia mnie do modlitwy o zburzenie struktur nieprawości gdzie indziej. Już nie ma odwrotu: sprawy już się dzieją.


Od lutego? marca? jestem w kanale, z którego nie mam już żadnej drogi ucieczki – mogę iść tylko do przodu, w coraz większe ciśnienie dla moich nerwów, dla mojej psychiki. W tym ciśnieniu, pod tą presją, muszę odczytywać Twoją drogę, dokonywać optymalnych (na moje ludzkie możliwości) wyborów. Wiem, Panie, że to Ty (za moją zgodą, za moim przyzwoleniem) wprowadziłeś mnie w to udręczenie. Wiem, że takie są zasady (prawidłowości) drogi do Ciebie na tym etapie: chłoszczesz tych, którzy się do Ciebie zbliżają, aby się opamiętali. [Droga przez ogień]


*

Pisałam o „obowiązkach stanu” w depresji (depresja jest przecież też „stanem”) - a czy są również jakieś „łaski stanu”? Łaski związane ze „stanem depresji”? - pytanie kieruję w przestrzeń, której (dlaczego???) się boję.


*


Szkoda, żeby energia moich zmagań tak bezsensownie rozpływała się we wszechświecie. Nie jestem w stanie przyjąć na siebie więcej niż mogę udźwignąć, ale to, co i tak się ze mną dzieje, ofiaruję jako małą cegiełkę ku ZBAWIENIU ŚWIATA. W ręce Twoje, Panie, powierzam DUCHA MEGO! Amen.


Tekst notki pochodzi z dawnych zapisków z dni 
11/12 października 2006

następny: LIST DO ŻYCIA 2



.

Dziewięć dni tygodnia 2/9 Dzień Ósmy


1 października 2006 - niedziela, wieczór. Po raz pierwszy w życiu – przynajmniej na ile tego jestem świadoma – przeżywam prawdziwy napad lęku. Dzieje się to w drodze na mszę, trzy metry od bezpiecznej ściany kościoła. Lęk naprawdę opanowuje człowieka: rozum i wola są bezradne, zaanektowane przez coś jakby zewnętrznego – niezrozumiały lęk. Zatrważające, ale i ciekawe doświadczenie. Chcę zrozumieć istotę tego zjawiska. Wysiłek woli tu chyba nie wystarczy. A może to przejaw jej słabości? Czyżby moje różne życiowe uniki były przejawem wrodzonej lękliwości? A może to zachęta do pokory: uznać swoją słabość i w niej doskonalić swą moc?



Pan Przyjacielem moim.
LIST DO ŻYCIA
2.


Początek mojej nowenny przed piątą rocznicą ofiarowania siebie Bogu w charakterze świeckiej cząsteczki klasztoru X. Temat: ubóstwo (łagodność) - „Błogosławieni ubodzy w duchu, bo do nich należy królestwo niebieskie”.

*


NOC. Czy mam – jak to kiedyś przeczuwałam – być dla tych, którzy cierpią w swojej psychice? Dla tych, którzy cierpią świadomie, ale i dla tych, którzy nie są świadomi źródła swego dyskomfortu? Ci ostatni, to chyba psychopaci? Nieczuli na innych – znam to z własnego doświadczenia. Czy taki jest sens mojej drogi? Czy o to chodzi? Przejść tę drogę z nimi i dla nich? NOC. Amen.


*


Szukam pomocy psychiatry. Wiem, że podejrzliwie na tego typu kontakty patrzy się z perspektywy drogi do świętości: święty to, czy tylko wariat? A przecież ja tylko na swojej drodze krzyżowej szukam stacji, w których Weronika miłosiernie otrze Chrystusowi twarz, a Szymon z Cyreny ujmie ciężaru krzyżowi. Nie jestem herosem. Jestem tylko człowiekiem upadającym pod ciężarem doświadczeń. W zmaganiu ducha ciało też potrzebuje ulgi dla nabrania sił na dalszą drogę.


Mojego DOŚWIADCZENIA KRZYŻA nie mogę „obejść” - uniki nic nie dają, tylko chyba przedłużają nieuniknione cierpienie. „Nieuniknione” - bo kłopoty, z którymi się zmagam, są po prostu FAKTAMI. A z faktami nie ma co dyskutować, tylko trzeba się do nich ustosunkować. Co staram się czynić. Amen.


*


Początek kolejnego dnia, dużo bieżących spraw do załatwienia, a ja już/ciągle nie potrafię sama funkcjonować w przestrzeni miasta. Dziękuję Ci, Panie, że mnie zabezpieczyłeś na tę sytuację: mogę pracować w domu (brak zleceń na kursy okazuje się błogosławieństwem) i są ludzie, którzy mogą i chcą mi pomóc (Zbyszek, Agnieszka, Grzegorz). NOWY DZIEŃ.


*


Zdaję sobie sprawę, że charakter moich zapisków w tym „brudnopisie” zmienił się – formę lakonicznych syntez zastąpił opis, narracja. Nurt obecnych przemyśleń już jakby nie mieści się we mnie – a poza tym chcę aktualne doświadczenie zobiektywizować, spojrzeć na nie z perspektywy, przeczytać o nim jako o dziejącym się FAKCIE. Niezależnie na jakim poziomie (w jakim wymiarze) mojej osoby rozgrywa się. Mam świadomość, że takie pisanie zawsze przynosi ulgę psychice, a moja psychika (nerwy?) jest „w kleszczach” doświadczenia - „poród kleszczowy”???


*


Okazuje się, że „mój” psychiatra będzie przyjmować dopiero we wtorek, 17 października – a więc przez prawie tydzień będę zdana na siebie. W pewnym sensie odczuwam ulgę – może obędzie się bez „trucia” psychiki?


Wczoraj trafiłam przypadkowo (?) na nabożeństwo prośby o uzdrowienie – w kościele mojego drugiego nawrócenia (Seminarium w Duchu Świętym w 1998/1999). W grupie modlitewnej wiele osób z tamtego czasu. „Wchodzę” w modlitwę o uzdrowienie ze swoją prośbą: DEPRESJA Z NAPADAMI LĘKU. W ręce Twoje, Panie, powierzam ducha mego – Twoja wola, Panie. Wierzę. Dziękuję. Amen. - Przy okazji uczestniczenia w nabożeństwie przeżywam kolejne przejawy pychy w sobie (do dawnej pychy intelektualnej dochodzi nieprawdopodobna pycha duchowa – jestem po prostu śmieszna w pysze na bazie swojej „wiedzy” duchowej: ALE NUMER!!!)


*


Zaparzam melisę, przygotowuję passispasminę. Lek otrzymany od psychiatry tydzień temu, po czterech dniach odstawiłam. Niepokoiły mnie różne objawy uboczne. Za 6 dni będę chciała jednak skonsultować sprawę z dr. Sz.


*


Mam świadomość, że do dawnych kłopotów doszedł nowy: lęk przed lękiem! Nie jestem w stanie sama wyjść na ulicę! Matka X pewnie pokonałaby ten strach samą siłą woli (woluntaryzm). Mnie niestety grozi biegun przeciwny: intelektualizm. Ja muszę zrozumieć problem, przeżyć go w sobie, wyciągnąć z niego wnioski, a do rozwiązania dochodzić metodą małych kroków. Matka X: człowiek!

*

Myśl: A może to nerwica lękowa?

*


Hierarchia ważności: X mnie bardziej boli, ale moją pierwszą powinnością (obowiązkiem stanu) jest praca i próba spłacenia długów. Stan bankructwa i zadłużenia – jego obowiązki. Amen.


*


Zaklęty krąg egocentryzmu. Znowu skorupa ego do rozbicia? Tłumiona agresja? - gniew „boży”, chęć „odwetu”? W moim przeżywaniu X są obecne te elementy: egocentryzm i agresja. Głos usłyszany w maju 1999 („tam ciebie nie chcą”) i moja reakcja – jeśli tak jest faktycznie, to niech sczeźnie X. Pomijam aspekty patologii, które – nie tylko ja – stwierdziłam w X. Chodzi o moją reakcję – jest to reakcja WILKA. A przecież tylko jako OWCE zwyciężamy, gdyż wtedy Ty sam, Panie, bijesz się – walczysz – za nas (z homilii św. Jana Złotoustego). Postawa owcy była we mnie do 2003, kiedy to zmieniłam taktykę (zamknęłam swe serce przed Matką X - pewnie słusznie, ze względu na Jej błędy). Lecz ta nowa taktyka w sposób odczuwalny zaczęła „dawać mi po nerwach”. I tak jest aż do dnia dzisiejszego. I o co ja walczę: O PRAWDĘ? Czy o postawienie na swoim? Czy nie jest to przysłowiowe „bicie piany” generujące cierpienie? Może nie tylko moje? Lecz wycofać się już nie można: sprawy biegną swoim tokiem. Pażywiom, uwidim.



Tekst notki pochodzi z dawnych zapisków z dnia

12 października 2006

następny: LIST DO ŻYCIA 3
poprzedni: LIST DO ŻYCIA 1


.

Dziewięć dni tygodnia 3/9 Dzień Siódmy


1 października 2006 - niedziela, wieczór. Po raz pierwszy w życiu – przynajmniej na ile tego jestem świadoma – przeżywam prawdziwy napad lęku. Dzieje się to w drodze na mszę, trzy metry od bezpiecznej ściany kościoła. Lęk naprawdę opanowuje człowieka: rozum i wola są bezradne, zaanektowane przez coś jakby zewnętrznego – niezrozumiały lęk. Zatrważające, ale i ciekawe doświadczenie. Chcę zrozumieć istotę tego zjawiska. Wysiłek woli tu chyba nie wystarczy. A może to przejaw jej słabości? Czyżby moje różne życiowe uniki były przejawem wrodzonej lękliwości? A może to zachęta do pokory: uznać swoją słabość i w niej doskonalić swą moc?



Pan Przyjacielem moim.
LIST DO ŻYCIA
3.


Wczesne rano. Za oknem jeszcze ciemno, ale odgłos samochodów – jeszcze przed spojrzeniem na zegarek – mówi, że noc się zaludnia. Dnieje. Budzę się z uczuciem niepokoju, rozedrgania, jakiegoś wewnętrznego przyspieszenia. Moje ruchy są szybkie, ale jednocześnie bardziej sztywne w swej zamaszystości. Podobnie myśli – trudno je zatrzymać na jednym punkcie. Uczucie to (poczucie!) towarzyszy mi od wczoraj, a właściwie już od wielu dni. Zauważam, że ten wewnętrzny pęd pogłębia się. To on właściwie stał się bezpośrednią przyczyną podskoków przed kościołem mariackim dwa tygodnie temu. To wewnętrzne rozedrganie nie pozwala mi opanować lęku. Wydaje mi się, że to wewnętrzne przyspieszenie kazało mi wtedy uciekać z miejsca powodującego lęk. Było zarzewiem postawy ucieczki – przez to poczucie zniecierpliwienia, roztrzęsienia.


Mam wrażenie, że hormon tarczycy przyjmowany od kilku miesięcy jest powodem tej zmiany we mnie. W porównaniu z wieloletnią ociężałością (taką fizyczną słoniowatością) – która musiała zacząć się we mnie gdzieś 16 lat temu – obecne „rozbieganie” wydaje mi się obce, nie moje. Kładę te zmiany na karb kuracji hormonalnej. Endokrynolog (telefon dwa dni temu) uważa jednak, że podłożem tego „poczucia” są sprawy nerwowe (pogłębiający się stres i depresja) i stara się mnie przekonać do powrotu do leczenia psychiatrycznego. Twierdzi, że kuracja hormonalna jest konieczna, że dawki hormonu nie można zmniejszyć (za dwa tygodnie będę musiała ją wręcz zwiększyć!) - a moje rozdrażnienie ma inne podłoże.


Od wczoraj zażywam melisę, która mnie dość skutecznie przytępia. Samodzielne wyjście na ulicę jest jednak niemożliwe. Lęk bierze górę. Rozedrgana, nie jestem w stanie nad nim panować. I jeszcze jedno ciekawe spostrzeżenie: pozytywna aktywność (prowadzenie lekcji, załatwianie spraw, szczególnie tych, które dają nadzieję na wyjście z impasu finansowego) w pewnym sensie kanalizują wewnętrzne rozedrganie – wykorzystują je tak, jak wiatrak wykorzystuje siłę wiatru. Destrukcyjna strona tego rozedrgania (niepokoju, przyspieszenia) dochodzi do głosu wtedy, gdy uwaga nie jest zajęta żadną sensowną czynnością – gdy myśli pozostają zawieszone w pustce. Prawdopodobnie moje obecne pisanie jest jednym ze sposobów opanowania tego niespokojnego przyspieszenia.


*


Jeszcze jeden – ważny – aspekt moich aktualnych dylematów zdrowotnych. Problemy z ciałem – WIEM, że moje ciało nie należy do mnie (a przynajmniej nie żyję w nim sama). Cała – a więc również ze swym ciałem – należę DO STWÓRCY. Wiem, że ciało jest miejscem zamieszkiwania i działania DUCHA ŚWIĘTEGO. WIEM – WIERZĘ – że już nie ja żyję, lecz żyje (zaczyna żyć?) we mnie CHRYSTUS. Wiem, że w moim ciele istnieje jakaś inna przestrzeń, inny wymiar: PNEUMA, która wydaje się być „miejscem” neutralnym. Mam wrażenie, że tę „przestrzeń”, ten „wymiar” (który został mi „dany” siedem lat temu) w sposób wolny mogę oddać w posiadanie różnych duchów! Wiem to z doświadczenia. Odnoszę wrażenie, że ode mnie zależy, czy stanie się on miejscem spotkania z Bogiem, czy z Jego wrogami. Wolność człowieka, wspaniałomyślność Boga.


Krótko mówiąc: mam świadomość, że w moim ciele dzieje się więcej niż wynika z jego anatomii i fizjologii. Dla równowagi jednak (i zdrowego pomyślunku) koncentruję się na tym, co ziemskie: materia z jej prawami, neurologia, psychologia, psychiatria. DUCH niech sam za siebie mówi. Uważam na siebie – nie od dziś – żeby nie popaść w sztuczną egzaltację.


*


Myśl: gdyby obecnie między mną a Matką X wszystko układało się dobrze, te słowa wysyłałabym prawdopodobnie w listach do Niej. Pamiętam Jej groźbę (rodzaj szantażu), gdy zaczęłam wyłamywać się spod Jej „wpływu”: - Myślisz, że poradzisz sobie sama?! - A JAKIE MAM WYJŚCIE, MATKO.


*


Dłuższa wyprawa do miasta z Panem W., taksówkarzem. Mniejsze przestrzenie pokonuję bez problemów, ale już większy otwarty odcinek paraliżuje mnie, przyprawia o wewnętrzne drżenie.


BOJAŹŃ I DRŻENIE. Pamiętam, że taki stan przeżywałam podczas studiów, gdzieś w okolicy pierwszego nawrócenia. Nie mogę sobie przypomnieć, jaki był bezpośredni powód tamtego poczucia BOJAŹNI, ale jakoś nie kojarzę go z lękiem przestrzeni. Była to – jak mi się wydaje – bojaźń o charakterze egzystencjalnym, może też dezintegracyjnym – jej źródło leżało bardziej wewnątrz mnie. Teraz natomiast zatrważa mnie rozpościerająca się wokół zewnętrzność. Ciekawe!


Niemniej: podczas dzisiejszej wyprawy do miasta mam wyraźne poczucie, że to hormon tarczycy tak mnie „rozkłada”. Płynące z niego młode wino energii zostaje wlane w moje stare, znerwicowane, otłuszczone i nieruchawe ciało. Nerwy – może nadwrażliwe, a na pewno przeciążone troskami – mogą nie być w stanie przyjąć tego nowego powiewu życia. Zobaczymy – może się nauczę tej nowej energii.


*


Wieczorem dzwoni J. Dziś rano nasze telefony komórkowe niechcący nas połączyły. Potem, w ciągu dnia, usłyszała od M., która wie to od A,. że – ciocia robi takie dziwne rzeczy, jak na przykład skakanie przed kościołem. Konkluzja podczas rozmowy: powinnam być pod stałą opieką lekarza (czytaj: psychiatry). J. uspokaja się, gdy dowiaduje się, że nie jestem taka całkiem sama, że mam pracę, że sobie jakoś radzę. Kończy bardzo trafnymi życzeniami: żeby Pan-Bóg (czyli Ty, Panie) mnie z tego wyprowadził, a lekarze Mu w tym skutecznie pomogli. Amen. - Bo cóż więcej można dodać. [Uzdrowiciel]


DOBRA – NOC !


Tekst notki pochodzi z dawnych zapisków z dnia

13 października 2006

następny: LIST DO ŻYCIA 4
poprzedni: LIST DO ŻYCIA 2


.

Dziewięć dni tygodnia 4/9 Dzień Szósty


1 października 2006 - niedziela, wieczór. Po raz pierwszy w życiu – przynajmniej na ile tego jestem świadoma – przeżywam prawdziwy napad lęku. Dzieje się to w drodze na mszę, trzy metry od bezpiecznej ściany kościoła. Lęk naprawdę opanowuje człowieka: rozum i wola są bezradne, zaanektowane przez coś jakby zewnętrznego – niezrozumiały lęk. Zatrważające, ale i ciekawe doświadczenie. Chcę zrozumieć istotę tego zjawiska. Wysiłek woli tu chyba nie wystarczy. A może to przejaw jej słabości? Czyżby moje różne życiowe uniki były przejawem wrodzonej lękliwości? A może to zachęta do pokory: uznać swoją słabość i w niej doskonalić swą moc?



Pan Przyjacielem moim.
LIST DO ŻYCIA
4.


Czwarta nad ranem. Noc jest dobra, ale ciało (napięte) czuwa „podświadomie” (nieświadomie?). Jak zawsze śpię dobrze – mam dobry sen. Może to metoda ucieczki od napięć? Obudziłam się jednak nad ranem – cała spięta. Wygląda na to, że cała sprężam się w przygotowaniu na atak – szykuję się na przyjęcie kolejnego ciosu. Bardzo konkretnego: brak dużego zlecenia, zaległy podatek i składki ZUS, niespłacony kredyt. Za moment zaczną się kolejne windykacje, może blokada konta bankowego, a tu spóźnia się przyjście przelewu z firmy S. Mam lekcje prywatne, ale nie czuję jeszcze konkretnego z nich zarobku. To dopiero drugi tydzień. Bieżące opłaty też wiszą nade mną. Sprawa w sądzie z ZUS-em. Długi prywatne – stare i ten nowy, na pokrycie wyroku sądowego w sprawie z firmą E.


Czy jest jeszcze jakaś szansa na duże zlecenie z firmy S. w nowym roku kalendarzowym? A w międzyczasie przygotowanie do nowej działalności: opracowanie planu – produkt, oferta, promocja. Opracowanie strony internetowej. Druk ulotek i plakatów. Potem ich dystrybucja. Szukam nowego lokalu. Te sprawy i inne szczegóły wirują po myślach, a w tle znowu klasztor X. Po co ja się tak czepiam tego X? Moje miasto blisko, X – daleko. Ucieczka w sen o X? Dobra – noc. Czwarta trzydzieści – jeszcze można pospać.


*


Ósma rano. Za mną cztery godziny porządnego snu. Przed zaśnięciem sięgnęłam do kartki, którą dostałam od psychiatry. RELAKS – leżę wygodnie, zamykam oczy, rozluźniam wszystkie mięśnie. Wykonuję to ćwiczenie, ale nieco zmodyfikowane – zamieniam je w modlitwę do Tego, który przenika moje ciało, który przenika mnie całą. Zasypiamy razem.


Przed ostatecznym zaśnięciem widzę swoje ego – coś, co nie jest mną, lecz zbiorem naleciałości, złudzeń, błędów, bólów, kompleksów. Taki osobowościowy kosz na śmieci, który znowu pewnie trzeba będzie opróżnić. PRÓŻNIA – rozbicie ego?


Ciekawy wątek z „Psychopatologii nerwic” Antoniego Kępińskiego: egocentryzm jako źródło nerwicy. A także jego rozważanie o dwóch sposobach podejścia do pracy: 1) praca jako przekształcanie świata (altruizm?) 2) praca jako samorealizacja (narcyzm?) = 1) TWÓRCZY ASPEKT PRACY – postawa walki o przekształcenie otoczenia z jednoczesnym poddaniem się własnemu przekształceniu 2) UŻYTKOWY ASPEKT PRACY – postawa oczekiwania na nagrodę lub karę za wysiłek włożony w pracę.


EKSTAZA – wyjście z siebie.


*


Mimo „relaksującej modlitwy”/”modlitewnego relaksu” dzień jest trudny. Trzy lekcje w domu – a większości czasu nauczania przeżyte ze „ściśniętym” ciałem. Na tym tle ciekawie przedstawia się wyznanie pani I., że w moim towarzystwie, w tym pokoju, wchodzi w strefę ciszy, wyciszenia, uspokojenia. Nie mówię jej, że przez całą lekcję walczyłam, aby się nerwowo nie „złamać”. Czyżby tak wyglądała „walka o pokój”? Trudne jest to zmaganie, ale wewnętrznie czuję jego sens. Nie chciałabym zbyt wcześnie przejść pod władzę leków antydepresyjnych, choć coraz bardziej czuję się osaczona przez ciężar życia i zaszczuta przez moje lęki. Stawiam sobie dwa terminy: wtorek, za 3 dni – wizyta u psychiatry; sobota, 21 października – rozpoczęcie ewentualnej kuracji po raz drugi. Ale: czy wytrzymam do tego czasu. Melisa to za mało – mój system nerwowy „spala” ją coraz szybciej.


*


Północ. Do łóżka kładę się w całkiem innym nastroju. Coś się „odkorkowało” w mojej głowie i – dla odmiany – wpadłam w lekką euforię, chociaż moje ciało jest ciągle „niepewne”, przepełnione drżeniem. Tym razem to drżenie wygląda na hipoglikemię. Zjadłam kolację i pół kostki cukru, ale coś mi się widzi, że moje ciało nadal jest głodne: drżenie, czuję się jak na lekkim rauszu. Co znaczy ten kalejdoskop odczuć, których ostatnio doświadczam w swoim ciele?


Po południu postawiłam sobie hipotetyczną diagnozę: może obok niedoczynności tarczycy mam również niedoczynność gruczołów przytarczycznych? Opis objawów na to by wskazywał. W poniedziałek spróbuję zrobić odpowiednie badania krwi: wapń, fosfor i hormon tych gruczołów. Brak tego hormonu może powodować objawy o charakterze nerwowym i psychicznym. Powoduje też tężyczkę – tężenie mięśni. Mrowienie w nogach – też by się zgadzało. Zmiany w wyglądzie skóry – też.


Myśl: z moich szczegółowych opisów wyłania się nowa diagnoza – nerwica hipochondryczna. Ot co!



Tekst notki pochodzi z dawnych zapisków z dnia

14 października 2006

następny: LIST DO ŻYCIA 5

poprzedni: LIST DO ŻYCIA 3



.

Dziewięć dni tygodnia 5/9 Dzień Piąty


1 października 2006 - niedziela, wieczór. Po raz pierwszy w życiu – przynajmniej na ile tego jestem świadoma – przeżywam prawdziwy napad lęku. Dzieje się to w drodze na mszę, trzy metry od bezpiecznej ściany kościoła. Lęk naprawdę opanowuje człowieka: rozum i wola są bezradne, zaanektowane przez coś jakby zewnętrznego – niezrozumiały lęk. Zatrważające, ale i ciekawe doświadczenie. Chcę zrozumieć istotę tego zjawiska. Wysiłek woli tu chyba nie wystarczy. A może to przejaw jej słabości? Czyżby moje różne życiowe uniki były przejawem wrodzonej lękliwości? A może to zachęta do pokory: uznać swoją słabość i w niej doskonalić swą moc?



Pan Przyjacielem moim.
LIST DO ŻYCIA
5.


Dzisiaj - 15 października: św. Teresy z Avili – patronki mojego drugiego nawrócenia. Uświadamiam sobie, że św. Dominik (Guzman) był patronem mojego nawrócenia pierwszego. I jak się to wszystka ma do mojego świeckiego udziału w klasztorze X? Św. Dominik był patronem mojego docierania do PRAWDY – zjednoczenia z Bogiem poprzez ŚWIATŁO PRAWDY. Św. Teresa wydaje się być patronką mojego marszu do zjednoczenia z Bogiem W MIŁOŚCI. A wszystko, od samego początku, już od pierwszej wizyty w X w 1982, w kontekście TEGO MIEJSCA. Powołanie DO MIEJSCA. Czuję to coraz wyraźniej: w tym zakonie nie ma jednorodnej duchowości – jest natomiast DUCH DANEGO MIEJSCA. Odcień charyzmatu Założyciela w każdym MIEJSCU jest inny. Ponieważ w X jestem na odległość, ten odcień rodzi się tutaj („pomiędzy”) - on rodzi się WE MNIE. Droga przebyta ze św. Dominikiem i droga przebyta ze św. Teresą jakoś łączą się we mnie. SYNTEZA?! [Wojna i pokój]


*


Zgodzić się na wielkość – zgodzić się na wielkość powołania. Wiem, że przy mojej pysze i próżności te słowa brzmią strasznie. Ale tak to czuję wewnętrznie – i to nie od dziś. Zgodzić się na wielkość powołania, to zostawić W SOBIE  wielką przestrzeń dla Boga. Tak naprawdę, to o taką wielkość chodzi: WIELKOŚĆ ODDANIA SIEBIE BOGU.


Wspomniałam św. Dominika, św. Teresę, myślę – szczególnie dziś, w Dniu Papieskim – o Janie Pawle II. Są inni Święci, którzy w pewnym okresie mojego życia stali mi się bliscy. Jakiś odcinek mojego życia przeszłam z Nimi. Teraz jednak nawet Jan Paweł, mimo tak świeżego wspomnienia Jego życia i śmierci, stał się odległy. Nawet Najświętsza Maryja Panna, nawet Jezus z Nazaretu. Nie mogę oprzeć się na niczym „materialnym” - a na siłę nie próbuję szukać takiego kontaktu, bo czuję, że grozi to fetyszyzmem. IDĘ... DO BOGA SAMEGO. Tak to postrzegam.


*


Odnośnie „nieobecności” Jezusa. On jest, oczywiście, obecny – ale inaczej niż dotychczas. Nie widzę Go, bo nabieram wrażenia, że On teraz patrzy przez moje oczy. Nie mogę „iść” w Jego stronę, bo jak mi się wydaje, On sam – ze mnie samej – popycha mnie ku... Jeśli szukam Boga-Samego (Ojca – w najgłębszych pokładach Jego bóstwa), to czynię to, gdyż czyni to we mnie Jezus. To On idzie we mnie ku Ojcu. Od 1999 czuję, że jest Ich Dwóch, złączonych Trzecim. A świat cały wpisany jest w tę Złożoność, która jest jednocześnie największą – absolutną - Prostotą. - Punktem. Amen.


*


Jeśli chcę w modlitwie znaleźć kontakt z Bogiem, wydaje mi się, że udaje mi się to wtedy, gdy nie szukam Go wokół siebie, lecz gdy sama staję się punktem – hostią! Amen.


*


Maryja. W 1999 pamięć o mojej Mamie „przekazałam” w pierwszym liście do Matki X, mając wyraźną świadomość, że Ją też będę musiała „oddać”. W tym samym liście odwołałam się do Maryi, matki Boga. Wewnętrznie już wtedy „przekazałam” Jej Matkę X. Obecnie – jak mi się wydaje – muszę „opuścić” dla Boga również Maryję, która tak wyraźnie została mi dana w 1998, w czasie przygotowań do Wylania Ducha Świętego.


Trąbka z wieży ratusza sygnalizuje właśnie godzinę dwunastą: ANIOŁ PAŃSKI ZWIASTOWAŁ PANNIE MARYI I POCZĘŁA Z DUCHA ŚWIĘTEGO. Amen!


*


Jest niedziela, a ja cały czas „kombinuję”, jak „bezpiecznie” dotrzeć do jakiegoś kościoła. „Bezpiecznie” - to znaczy przy minimalnym stresie. [Dlaczego?]


*


Noc. Już po północy. Taksówką dojechałam na mszę na ul. ... . Sama. Udało mi się opanować strach przed brakiem asekuracji. Po mszy przeszłam z 400 metrów do M. i T. . Cały wieczór u nich. Jak zawsze zasiedziałam się za długo. T. odwozi mnie do domu. Proszę, żeby odprowadził mnie do drzwi, bo jestem całkiem bez sił. Może to oglądana u M. i T. telewizja „wyssała” ze mnie resztki energii? W telewizji DZIEŃ PAPIESKI, a więc treści budujące, ale zawsze to telewizja, szklany ekran, zimne akwarium.


Tekst notki pochodzi z dawnych zapisków z dnia

15 października 2006

następny: LIST DO ŻYCIA 6
poprzedni: LIST DO ŻYCIA 4


.

Dziewięć dni tygodnia 6/9 Dzień Czwarty


1 października 2006 - niedziela, wieczór. Po raz pierwszy w życiu – przynajmniej na ile tego jestem świadoma – przeżywam prawdziwy napad lęku. Dzieje się to w drodze na mszę, trzy metry od bezpiecznej ściany kościoła. Lęk naprawdę opanowuje człowieka: rozum i wola są bezradne, zaanektowane przez coś jakby zewnętrznego – niezrozumiały lęk. Zatrważające, ale i ciekawe doświadczenie. Chcę zrozumieć istotę tego zjawiska. Wysiłek woli tu chyba nie wystarczy. A może to przejaw jej słabości? Czyżby moje różne życiowe uniki były przejawem wrodzonej lękliwości? A może to zachęta do pokory: uznać swoją słabość i w niej doskonalić swą moc?



Pan Przyjacielem moim.
LIST DO ŻYCIA
6.


Zastanawiam się, co mnie tak wczoraj wieczorem osłabiło. Mój wyczyn towarzyski? - Kilka godzin samodzielnie spędzonych poza domem? Ciekawe, że gdy już wróciłam do domu, nie poczułam się specjalnie bezpieczna – tu też czyha niebezpieczeństwo. A jeśli nie czuję się już bezpiecznie w „przestrzeni” mojego mieszkania, to gdzie jest to bezpieczeństwo? Życie staje się coraz cięższe. Pamiętam o intencji tych zmagań (Matka X i jej prawdziwe osobiste dobro) – ta świadomość ujmuje nieco ciężaru cierpieniu. Łatwiej jest je znosić ze świadomością, że jest szansa, że nie będzie ono całkowicie bezpłodne.


*


Jeszcze nie sen. Leżąc z zamkniętymi oczyma przypominam sobie jeszcze jeden element wczorajszego wieczoru u M. i T., który mógł mnie „osłabić” - fragmenty filmu „Zaklinacz koni”. Obraz udręczonego, poranionego, oszalałego (ze stresu!) konia. A ja tak często porównuję siebie do tego zwierzęcia: luzak, rumak, zaprzęg, uzda, lejce. Trzydzieści lat temu podobnie traumatycznie (a może było to coś na kształt katharsis?) przeżyłam jedną ze scen filmu „Układ” Elii Kazana: rozbicie dotychczasowego życia głównego bohatera i jego pobyt w szpitalu psychiatrycznym. Zgoda na szaleństwo, które jest (staje się stopniowo) wyzwoleniem do narodzenia na nowo, do życia lepszego i mądrzejszego.


Nie dopatrzyłam do końca wczorajszego filmu, gdyż było już bardzo późno, a dodatkowo zaczęłam się robić jak z waty (i psychicznie, i fizycznie). Jestem jednak pewna, że film zakończy się happy-endem (w końcu to amerykański film!) i tytułowy „zaklinacz koni” wyprowadzi udręczone zwierzę z jego piekła. Być może teraz w tym filmie streści się istota mojego obecnego doświadczenia: udręczenie. Pierwsze symptomy powrotu konia do życia już było widać (oczyszczająca kąpiel w rzece). Wyjaśni się też zapewne, co doprowadziło go do takiej depresji/agresji. Mogę przypuszczać, że będzie to coś, co tkwiło w jego właścicielach.


*


Trudno mi komukolwiek (włącznie z psychiatrą) wyjaśnić, co się ze mną dzieje. Te zapiski stanowią namiastkę rozmowy z kimś, kto byłby w stanie mnie zrozumieć, z kimś, kogo mi brakuje: powiernik ducha.


*


„Molestowanie moralne. Perwersyjna przemoc w życiu codziennym” (Wydawnictwo W Drodze). Po raz kolejny biorę do rąk tę książkę, czytam swoje wcześniejsze podkreślenia. Nauka płynąca z powyższej książki (rada psychoterapeutyczna): należy wymazać z pamięci negatywne doświadczenia związane z emocjonalnym kontaktem z agresorem stosującym (ukrytą!!!) przemoc psychiczną. Na przeżytej traumie (szczególnie bolesnej, jeśli takiego perwersyjnego molestowania psychiki doznajemy od osoby bliskiej) należy budować „nowe życie” - jeśli jest taka potrzeba, nawet przemodelowując swoją osobowość (gdyby okazało się, że było w niej coś, co czyniło nas szczególnie podatnymi na manipulacje agresora). A więc: wyciągnąć wnioski, zburzyć, to co było, i budować na nowo.


Lektura ta łączy się z wczorajszym obrazem konia w filmie: dać się „zaklinaczowi koni” wykąpać w ożywczych wodach. Pozwolić, żeby „zaklinacz koni” odbudował nas lepszymi i mądrzejszymi. Amen.


*


Moje miasto jest bliżej, ale to klasztor X nadaje mu sens. Trzy lata temu „zobaczyłam”, że moje miasto to moja droga do X. A na początku tego roku w liście do Matki X napisałam, że moje miasto i ja pasujemy do siebie, jak rękawiczka do ręki. W następnych miesiącach miało się okazać, że to  żelazna rękawica. Ten uścisk trwa już 9 miesięcy.


X nadaje sens mojemu miastu, a moje miasto prowadzi mnie do X. POWOŁANIE DO MIEJSCA. Moje tutejsze cierpienia mają sens dopiero wtedy, gdy przeżywam je w perspektywie klasztoru X. DLA NIEGO? - Amen.


*


Co dla mnie w perspektywie czasu może oznaczać X – nie wiem. Choć w fantazjach rozgrywam różne możliwości. Staram się jednak trzymać FAKTÓW: świecka cząsteczka klasztoru X z mojego miasta. Prosta linia prawdy. Amen.


*


PASSISPASMIN (lepiej koi nerwy niż melisa) – 1 łyżka, 2 łyżki. Znam ten syropek jeszcze z czasów pierwszego nawrócenia. Jego główny składnik, to roślinka o nazwie PASSIFLORA , inaczej – MĘCZENNICA PAŃSKA.


*


Wzrok mój pada na kartkę otrzymaną od psychiatry: RELAKS - „NIE MYŚLĘ O NICZYM”. Boże, zatrzymać myśli. Wejść w pustkę. Amen.


*


Dzisiaj – 16 października: św. Małgorzaty Marii Alacoque – patronki mojego imienia od bierzmowania. Święta Małgorzato, módl się za nami. Amen.


*


Ledwie skończyłam pisać powyższe słowa (szczególnie te o wejściu w pustkę, o zatrzymaniu myśli), kiedy dzwonek u drzwi zapowiada listonosza. Dzwonek o tej porze znaczy tylko jedno – list polecony. A więc znowu ktoś mnie ściga. Zgadza się: Urząd Skarbowy zajmuje konto bankowe (na szczęście – na razie puste). Pismo z US działa na mnie bodźcowo: załatwiam wreszcie ważną korespondencję. A poza tym? Passispasminę uzupełniam Validolem - i jakoś jadę.



Tekst notki pochodzi z dawnych zapisków z dnia
16 października 2006

następny: LIST DO ŻYCIA 7


.

Dziewięć dni tygodnia 7/9 Dzień Trzeci


1 października 2006 - niedziela, wieczór. Po raz pierwszy w życiu – przynajmniej na ile tego jestem świadoma – przeżywam prawdziwy napad lęku. Dzieje się to w drodze na mszę, trzy metry od bezpiecznej ściany kościoła. Lęk naprawdę opanowuje człowieka: rozum i wola są bezradne, zaanektowane przez coś jakby zewnętrznego – niezrozumiały lęk. Zatrważające, ale i ciekawe doświadczenie. Chcę zrozumieć istotę tego zjawiska. Wysiłek woli tu chyba nie wystarczy. A może to przejaw jej słabości? Czyżby moje różne życiowe uniki były przejawem wrodzonej lękliwości? A może to zachęta do pokory: uznać swoją słabość i w niej doskonalić swą moc?



Pan Przyjacielem moim.
LIST DO ŻYCIA
7.


Dzień zaczął się dobrze, pogodnie. Ale myśl o konieczności wyjścia „na zewnątrz” znowu paraliżuje moje ciało. Co robić?


*


Kiedy analizuję swoje samopoczucie, to wydaje mi się, że mój lęk przestrzeni jest w jakiś sposób wtórny w moich obecnych odczuciach. Bardziej „przybija” mnie (do mojego krzyża?) świadomość słabości, która sprawia, że nie panuję nad ciałem, nad nogami, nad swoimi krokami. Nie ma we mnie już „miejsca” na luz, dystans, pewną nonszalancję. To unieruchomienie ciała w pewnym sensie przypomina krzyżowanie. Z drugiej strony wydaje mi się, że wewnętrznie już byłabym gotowa na rozpoczęcie poważnej kuracji antydepresyjnej i antylękowej.


*


LĘK PRZED WYJŚCIEM NA ZEWNATRZ. THE FEAR OF COMING OUT? Być może zaczynam docierać do genezy tego lęku. Że też zawsze wszystko musi sprowadzać się do SEKSU! - Tak, to bardzo wrażliwa sfera w człowieku.


*


Tak, być może ten lęk przestrzeni był zewnętrzną manifestacją NIEMOŻNOŚCI WYRAŻENIA SIEBIE NA ZEWNĄTRZ? Wieloletniego życia w ślepej uliczce niemożności. To był mój pierwszy, WIELKI KRZYŻ, który zechciałeś zdjąć ze mnie siedem lat temu. Wielki – bo stał się BRAMĄ, NAUCZYCIELEM MĄDROŚCI, DROGĄ DO CIEBIE – PANIE! [Trzy pieczęcie. Świadectwo]


Tekst notki pochodzi z dawnych zapisków z dnia

17 października 2006

następny: LIST DO ŻYCIA 8
poprzedni: LIST DO ŻYCIA 6


.

Dziewięć dni tygodnia 8/9 Dzień Drugi


1 października 2006 - niedziela, wieczór. Po raz pierwszy w życiu – przynajmniej na ile tego jestem świadoma – przeżywam prawdziwy napad lęku. Dzieje się to w drodze na mszę, trzy metry od bezpiecznej ściany kościoła. Lęk naprawdę opanowuje człowieka: rozum i wola są bezradne, zaanektowane przez coś jakby zewnętrznego – niezrozumiały lęk. Zatrważające, ale i ciekawe doświadczenie. Chcę zrozumieć istotę tego zjawiska. Wysiłek woli tu chyba nie wystarczy. A może to przejaw jej słabości? Czyżby moje różne życiowe uniki były przejawem wrodzonej lękliwości? A może to zachęta do pokory: uznać swoją słabość i w niej doskonalić swą moc?



Pan Przyjacielem moim.
LIST DO ŻYCIA
8.



Ta moja depresja to po prostu kolejny ciemny już nie tunel, czy korytarz, lecz kanał, z którego nie ma wyjścia, poza marszem do przodu, pewnie w jeszcze ciemniejszy mrok [Alice]. Jedyne 3 rzeczy, które mogę robić „bezboleśnie”, to: przeżywać swój stan udręczenia, modlić się i pracować. Każdy „skok w bok” (w rozrywkę, w życie towarzyskie) wywołuje „ból”. Wywołuje go swoją powierzchownością i nieistotnością. Rozmowa z psychiatrą też przynosi podobny „ból”: nie dotyka    istoty rzeczy. Mówimy o symptomach, a nie o  sensie  moich obecnych doświadczeń. Wszystko, co nie dotyka  sensu - boli.


Pamiętam, że podobnie czułam się w 1974-1975, na początku pierwszego nawrócenia. Czyżby „powtórka z rozrywki”? Pamiętam, że 30 lat temu, po tamtym wygnaniu w ciemność, dane mi było „zobaczyć światło”, a całą moją istotę ogarnęło dobro, które emanując ze mnie, połączyło mnie z całym wszechświatem [Świadectwo]. Pamięć tamtego wydarzenia niesie nadzieję, że być może obecna mroczna alienacja skończy się podobnie. Być może nie tak samo – jak mogę wnioskować – ale jednak jakimś rodzajem wyzwolenia. Amen. Amen. Amen.


*


WYTRZYMAĆ BEZ LEKÓW ANTYDEPRESYJNYCH DO KOŃCA TEGO TYGODNIA! - PRZEŻYWAĆ TEN CZAS SENSOWNIE. DOTKNĄĆ SENSU! - WIEM, ŻE JESTEM W TWOJEJ DŁONI, PANIE!


*


Od południa do obiadu pracuję w piwnicy („porządkowanie” podświadomości? sumienia?). Moja piwnica to graciarnia i archiwum po mojej upadłej firmie. Nie mogłam patrzeć na te sprzęty i dokumenty. Teraz mogę. I robię w nich porządek. Porządkuję – również wewnętrznie – grzechy czasu prowadzenia firmy.


Piszę o firmie, a (podświadomie?) chce mi się pisać: SOLIDARNOŚĆ. Archiwum SOLIDARNOŚCI, grzechy SOLIDARNOŚCI. Czyżbym nieświadomie (podświadomie) czuła, że tamten czas moich zaangażowań też wymaga przewartościowania? Może – niezależnie od tego, co wyprawiają obecnie politycy – wewnętrznie, w sobie, buduję IV Rzeczpospolitą? Panie, przemień świat – i zacznij ode mnie. Amen.


*


Pokonać depresję i lęk – bez środków antydepresyjnych? Ja swoją mocą (a już na pewno nie siłą woli) – tego nie zrobię. Na razie „płynę” od dnia do dnia. Tak, Panie – raz jeszcze proszę Cię o uzdrowienie mnie z mojej słabości, o wyzwolenie mnie z mego udręczenia. Amen.


*


Znowu tężenie mięśni – szczególnie nóg. Chód staje się niepewny, niepłynny. Palce u nóg napinają się w skurczu, tak, jakby chciały „przyczepić” ciało do „bezpiecznego” podłoża. W pierwszej połowie roku zmagałam się z zaburzeniem mowy i pamięci – w drugiej połowie roku problemy przeniosły się do drugiej połowy ciała, na jego drugi biegun, do nóg.


*


CIAŁO: ciekawe, jak od śmierci Mamy konsekwentnie kierujesz moją uwagę na cielesność, Panie. Sensacje, które aktualnie przeżywam (niezależnie jakie jest ich źródło) – też kierują mnie ku ciału.


*


Ile mogłam mieć lat, kiedy po raz pierwszy odczułam dziwną sensację w ciele? Mam na myśli drżenie, czy coś podobnego. Byłam wtedy jeszcze w szkole podstawowej. Wtedy chodziło o twarz. Czułam rodzaj drżenia w całej twarzy. Wtedy też była noc – albo bardzo późny wieczór. Po raz pierwszy odczuwałam takie dziwne uczucie. Na całej twarzy. Tak, jakby nałożono mi maskę, całą utkaną z drżenia. Lekarz na pogotowiu orzekł, że to nerwica i przepisał relanium, które od razu pomogło. Czy to wtedy nauczyłam się uciekać (robić uniki) w relanium? W szkole średniej było chyba elenium – uciekałam w ten sposób przed problemami z domem, z rodzicami, ze sobą. Studia i później – zawsze nosiłam przy sobie relanium, do którego „uciekałam”, gdy tylko zaczynałam się czuć „dziwnie”. Nigdy nie zażywałam go non-stop, nawykowo. Tylko w sytuacjach „podbramkowych” i to raz na jakiś czas. Miałam całe miesiące lub nawet lata bez potrzeby takiej podpórki. A porcje, które przyjmowałam, były – według mnie – śmiesznie małe: tabletka 5mg (lub nawet 2mg) – dzielona na czworo. Jeśli efekt był niezadowalający, wtedy „dobierałam” następną ćwiartkę. Jednak wpadałam w przestrach, gdy wydawało mi się, że nie mam przy sobie tabletek relanium. Nie można tej sytuacji nazwać inaczej: to było (to jest!) uzależnienie.


Od kwietnia/maja tego roku relanium nie zażywam. Zasadniczo jednak jedynie „odstawiłam” je – piszę to słowo w cudzysłowie, gdyż nie potrafiłam relanium wyrzucić. Musi (musi?) być w torebce na wszelki wypadek. Chociaż w ostatnich miesiącach (od wczesnej wiosny) tak jakby mi już nie pomagało. Ciekawe: na przestrzeni lat podobnie odchodziły ode mnie inne uzależnienia – na przykład kawa, a nawet herbata. A wcześniej alkohol. A jeszcze wcześniej – papierosy. CIEKAWE! [Rzuciło mnie palenie]


Prawda o mnie, którą znam od dawna: ja się dość łatwo (śmiało: bardzo łatwo) uzależniam (i to na różne sposoby). Chciałabym znaleźć w sobie taką siłę woli, żeby wyrzucić cały zapas relanium. I dobrze [spokojnie] żyć – bez niego!


*


Słabość nóg – to było zawsze. Silne ręce, słabe nogi. I ten lęk – od dzieciństwa – przed oderwaniem się od podłoża (od ziemi): lęk przed skakaniem przez skakankę, lęk przed skakaniem w klasy, lęk przed skokami na lekcjach gimnastyki (przewroty, kozioł, skrzynia), lęk przed chodzeniem po równoważni (nawet najniższej). Lęk przed pływaniem (woda ma swoją „wysokość”, a grunt jest gdzieś „głęboko”, „daleko”).


I to niejasne wspomnienie z dzieciństwa: czy ja się topiłam? W rzece podczas wakacji spędzanych u krewnych, kiedy byłam tam sama, bez rodziców? Pamiętam wrażenie: jestem sama, bez opieki (bez asekuracji!), jestem pod wodą, widzę przepływającą nade mną kłodę, której się czepiam rękami i dzięki temu wydostaję się na powierzchnię, a potem dostaję się do brzegu. I to wrażenie: nikt z obecnych tego nie zauważył. A stało się to dlatego, że nie było tam moich rodziców. Z nimi byłabym bezpieczna. Asekurowana. Nie potrafię ocenić tego wspomnienia: fakt? sen? fantazja?


*


Rozmyślam o Matce X. O tym wszystkim, co – w mojej ocenie – jej zawdzięczam, i o tych wszystkich jej błędach, które – mam nadzieję słusznie – spostrzegłam. Zastanawiam się nad jej postawą wobec mającej się jutro rozpocząć specjalnej wizytacji apostolskiej w X.


*


Pismo Święte o ślepych przewodnikach: słuchajcie, co wam mówią, ale czynów ich nie naśladujcie! Amen.


*


Psychika: funkcja ciała i duszy. Pneuma: funkcja ziemi i nieba? Oba te pojęcia wydają mi się zbliżone: żadne z nich wydaje się nie istnieć samodzielnie (są jakby „pomiędzy”). Psychika została już chyba dobrze opisana. Ale czy podobnie dobrze została przez naukę opisana PNEUMA? Pneuma jako pewnego rodzaju środowisko, łącznik pomiędzy... Człowiekiem a duchem? Człowiekiem z ciałem i duszą. Duszą, która jest czym innym niż psychika. Duszą, którą nazywają formą ciała. Duszą z jej władzami – umysłem i wolą (może też pamięcią).


PNEUMA byłaby tym łącznikiem między całym człowiekiem a całym światem duchowym (w tym Bogiem, Stwórcą, ale również innymi duchami – dobrymi i złymi). PNEUMA byłaby środowiskiem spotkania całego człowieka (z ciałem i duszą) z duchami. Byłoby to środowisko oddane człowiekowi w zarząd (być może w sposób szczególny w odniesieniu do osób charyzmatycznych) – człowiek decydowałby w swej rozumnej wolności, komu (jakim duchom, którym duchom) udostępni to środowisko na spotkanie i dialog. W sposób szczególny – jak mi się wydaje – należy ten teren oddać Najwyższemu: Duchowi Świętemu! Trzeciemu, który Sam łączy Dwóch – Ojca i Syna, Pierwszego i Pierworodnego, Blask i Odblask. Amen!


*


LĘK PRZESTRZENI: lęk przed samodzielnością? lęk przed brakiem rodzicielskiej asekuracji? lęk przed dorosłością? (i pisze to 54-letnia baba! - 54-letnie dziewczątko?). Nie ma już mojej Mamy, której obecność (sama obecność) jeszcze w ostatnich tygodniach jej życia dawała mi poczucie bezpieczeństwa. Nie ma Matki X, z którą rozmowy dawały mi poczucie bezpieczeństwa na drodze duchowej, którą przyszło mi iść. Nie ma kierownika duchowego, ani stałego spowiednika – w ścisłym tego słowa znaczeniu [Dominicanus]. JESTEM SAMA wobec PUSTEGO NIEBA. Lęk przed tą pustą przestrzenią? Nikogo, na kim można by się oprzeć. Poza „prostą linią prawdy” (BÓG JEST), poza „cienką niteczką wiary” (JESTEM W KOŚCIELE).


*


Swoje cierpienia obecnego czasu (postawiłam sobie granicę do niedzieli 22 października włącznie) poświęcam w intencji Matki X. Ale też każdej z Sióstr z X. Modlę się o dobro dla Matki X i każdej z Sióstr. Jednak uważam, że obecna w X struktura błędów i nieprawości powinna runąć. W tej strukturze – jak mi się wydaje – żadna z nich nie „dojdzie” do tego dobra. Przez obecną strukturę – to dobro nie dojdzie do żadnej z nich. Za dużo samowoli i bałaganu, błędów i nieprawości.


*


Dzisiaj znowu od rana napad mojej „tężyczki” - stężałe ciało. Jest co ofiarować. NA SZCZĘŚCIE!


*


Płynę przez czas, unieruchomiona w przestrzeni. Dotykam WIECZNOŚCI?


*


Swój osobisty żal do Matki X wylałam na papier 2-3 lata temu. Pisałam do niej jako do przewodnika duchowego, który zawiódł. List kończyłam zapytaniem, co mam teraz robić. Postawiłam pewne diagnozy dotyczące kondycji X i bronię swoich hipotez, choć zdaję sobie sprawę, że – choć tego nie chcę – mogę być w błędzie. Życie pokaże. [W poszukiwaniu odnalezionego czasu]


*


Bardzo osłabłam. Wszystko we mnie drży. Sprawy X bardziej mnie bolą niż bankructwo. W ręce Twoje, Panie, powierzam ducha mego.


Tekst notki pochodzi z dawnych zapisków z dni

18/19 października 2006

następny: LIST DO ŻYCIA 9
poprzedni: LIST DO ŻYCIA 7


.