Szukaj na tym blogu

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sprawy zawodowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sprawy zawodowe. Pokaż wszystkie posty

Obrazki na wystawę. Poemat dydaktyczny (1/3)

 

W biurze prywatnej firmy, założonej przez Alicję na samym początku lat 1990-tych, zadzwonił kiedyś telefon. Sekretarka podniosła do ucha słuchawkę, w której odezwał się męski głos: - Czy to agencja? - Tak – zgodnie z prawdą odpowiedziała kobieta. - Czy macie własne pokoje? - zapytał dzwoniący. - Własnych sal nie mamy, ale wynajmujemy. - A co proponujecie? - pytał dalej. - A jaka grupa wiekowa pana interesuje? - spytała sekretarka. - A jakie macie? - Mamy grupy 6-8 lat, 8-10 lat, 10-12... - Mężczyzna z przerażeniem przerwał wyliczanie: - Jaka to jest agencja? - Edukacyjna, prowadzimy kursy językowe – wyjaśniła sekretarka. - Aaa, to bardzo dobra agencja – wymamrotał i szybko odłożył słuchawkę.


GRUPA WIEKOWA 10-14


Osobiście Alicja przez pierwsze ćwierć wieku pracy zawodowej jak ognia unikała nauczania dzieci języka obcego, którego kiedyś sama trochę nauczyła się w ramach studiów filologicznych, a potem zarobkowo trochę uczyła innych przy różnych okazjach: młodzież w liceach, dorosłych na kursach, a w ramach indywidualnych prywatnych lekcji - i jednych, i drugich. Cały czas sądziła, że dzieci uczyć nie potrafi, bo z dziećmi trzeba się bawić, a ona nie miała ochoty na jakieś językowe wygibasy. Kiedy Alicja miała już pół wieku życia za sobą, a przed sobą perspektywę emerytury, pewna osoba, która miała okazję poznać ją jako nauczyciela osób dorosłych, tak uparła się, że to właśnie Alicja ma prywatnie uczyć jej dziewięcioletnią córkę, i tak nieustępliwie przekonywała, że córka jest bardzo zdolną dziewczynką, aż Alicja, trochę dla świętego spokoju, zgodziła się. I tak rozpoczęła jedną z piękniejszych przygód dydaktycznych swojego życia.


Dziewczynka - nazwijmy ją Miłką - była bardzo miła, bardzo dobrze wychowana, bardzo inteligentna, i bardzo utalentowana - wielostronnie. I bardzo samotna wśród swoich mniej zdolnych, mniej kulturalnych, ale za to rozbrykanych, albo wręcz brutalnych rówieśników, którzy nie tylko nie dopuszczali jej do swojego grona, ale wręcz niszczyli. Już po paru pierwszych lekcjach Alicja zauważyła, że jej uczennica zaczyna traktować nauczycielkę, która mogłaby być jej babcią, jak przyjaciółkę. Jedyną. Lekcje angielskiego Miłka miała w szkole, więc na lekcjach prywatnych chodziło jedynie o porządkowanie wiedzy i dalsze rozwijanie sprawności językowych, co nie jest tak trudnym zadaniem, jak uczenie języka od podstaw. Emocjonalne przylgnięcie uczennicy do nauczycielki sprzyjało rozmowom od serca, więc rozwijanie sprawności mówienia w języku obcym nie stanowiło problemu - zawsze było o czym porozmawiać. W okolicach Dnia Dziecka Alicja co roku zapraszała swoją przyjaciółkę do kawiarni na lody czy ciastko.


Kiedy dziewczynka w wieku lat czternastu doskonale radziła już sobie sama z językiem angielskim, kiedy celująco zdała egzamin językowy na poziomie FCE, i rozpoczęła naukę w bardzo dobrym liceum, Alicja uznała swoją misję za zakończoną i zaproponowała rodzicom ewentualne pomyślenie o konwersacjach dla córki z native speakerem, czyli rodzimym użytkownikiem języka angielskiego. Dawna uczennica jeszcze przez rok czy dwa od czasu do czasu dzwoniła do Alicji i zapraszała byłą nauczycielkę na spotkanie przy kawie czy herbacie. Rozmawiały wtedy jak zawsze od serca, jak zawsze po angielsku. Któregoś razu Alicja szczerze spytała szesnastolatkę, czy pamięta, że kiedyś, w swojej dziecięcej samotności, uczyniła z Alicji swoją powierniczkę. - Tak, pamiętam. - A jak jest teraz w kontaktach z rówieśnikami? - Teraz to ja wybieram sobie przyjaciół.


W taki sposób i ta misja Alicji skończyła się. Jej uczennica poszła dalej sama swoją dorosłą drogą, natomiast Alicja od tamtego czasu nie bała się przyjmować na prywatne lekcje uczniów w młodszych grupach wiekowych. Byli to uczniowie bardziej lub mniej uzdolnieni językowo, ale prawie zawsze ich nauczanie kończyło się sukcesem, czasami już po pierwszych kilku lekcjach, czego Alicja do dziś nie rozumie. Jak to możliwe, żeby pierwsze sukcesy językowe mierzone szkolnymi ocenami mogły przychodzić tak szybko po rozpoczęciu lekcji z nią, skoro ona nie robiła niczego specjalnego, poza tym, co konieczne.


KONKLUZJA


Niektórzy z jej uczniów w tej grupie wiekowej osiągnęli językowo tak dużo, jak Miłka. W paru przypadkach Alicji udało się wyciągnąć paru dziesięciolatków z nieprawdopodobnej psychicznej blokady na percepcję języka angielskiego, po czym po pięciu czy sześciu latach nabrali oni w nauce tempa rakiety, za którą Alicji trudno było nadążyć. W jednym z takich przypadków, który też stanowiłby materiał do pięknej życiowej i dydaktycznej opowiastki, Alicja po raz drugi sama zakończyła swoją misję, kierując uczennicę do nauczyciela o lepszej praktycznej znajomości nauczanego języka. I oto ostatnio, dwadzieścia lat po dydaktycznej przygodzie z Miłką, jeden z takich właśnie znajomych nauczycieli, a równocześnie jeden ze współpracowników Alicji w kiedyś prowadzonej przez nią agencji edukacyjnej, wymusił na niej przyjęcie na prywatne lekcje jego trzynastoletniej córki, która mogłaby niemal być jej prawnuczką, a która praktycznego angielskiego uczy się z powodzeniem od drugiego roku życia, i która jest w stanie swobodnie z ojcem rozmawiać w domu w tym języku – nie całkowicie bezbłędnie, ale pięknie płynnie. Przerażona Alicja starała się mu uświadomić, że nie jest leksykalnym orłem, że jest stara i chora, że ma coraz gorszą pamięć, że już zapomina słowa nawet w języku polskim. Argumenty nie były przyjmowane. Więc nie miała wyboru, jako że nie chciała definitywnie odmówić koledze, do którego czasami zwracała się z językowymi wątpliwościami. Po paru pierwszych lekcjach nauczycielka chwyciła, o co chodzi. Córka kolegi nie zawsze rozumiała na czym polegają popełniane przez nią - nieliczne - błędy gramatyczne, a z ojcem zdaje się nie chciała o tym rozmawiać. Spytała trzynastolatkę: - Nauczyłaś się dobrze prowadzić samochód, a ja mam ci teraz w praktyce pokazać, jak ten samochód działa, żebyś sama umiała go w razie czego naprawić, tak? - Tak. - No to jedziemy. - Jeśli Alicji zdarzy się zapomnieć jakiegoś angielskiego słowa, dziewczynka - nazwijmy ją Martą - podpowie je nauczycielce, i jadą dalej.

 

11.01.2021


Odcinek następny: [Obrazki na wystawę. Poemat dydaktyczny (2/3)]

Cały cykl: [Obrazki na wystawę. Poemat dydaktyczny (1-3)]



.

Obrazki na wystawę. Poemat dydaktyczny (2/3)

 

Profesorówna zdała pomyślnie maturę z języka angielskiego i dostała się na studia anglistyczne, które właśnie kończyła jej korepetytorka. Kiedy żegnały się, ojciec Profesorówny podziękował Alicji za skuteczną pracę z jego córką, dodając: - A teraz powiem, jak wyglądały kulisy pani zatrudnienia. Jeden z pani wykładowców na anglistyce polecił mi dwie kandydatki z roku, którym się kiedyś opiekował. Była to pani koleżanka, która długo mieszkała w angielskim obszarze językowym, chodziła tam do angielskich szkół i zna bardzo dobrze język angielski. Potem przedstawił pani nazwisko, mówiąc, że pani bardzo dobrze tego języka nie zna, ale - jak to określił - „ona potrafi angielskiego nauczyć”.


GRUPA WIEKOWA 14-18


Był to ten sam wykładowca, który jako opiekun na pierwszym roku studiów Alicji wezwał ją do swojego gabinetu, kiedy pod koniec pierwszego semestru jej nazwisko znalazło się na tak zwanej szarej liście studentów z jednym zagrożeniem brakiem zaliczenia z praktycznej znajomości angielskiego - w jej przypadku było to zaliczenie tak zwanego języka pisanego. Kiedy pojawiła się przed nim, Dr. K spojrzał na nią i powiedział: - Proszę się nie bać. Jest pani na szarej liście, ma pani na sobie szary sweterek, a w głowie ma pani szare komórki. I one są najważniejsze. Języka pani może nauczyć się nawet po studiach. - Alicja, urodzona luzaczka i patentowany leń, została w tamtym momencie namaszczona na całą swoją zawodową przyszłość.


Skąd Dr. K. wiedział tyle o niej, na przykład to, że ona potrafi nauczyć języka, tego Alicja do dzisiaj nie wie, jako że ówczesne studia miały charakter wybitnie filologiczny, a nie nauczycielski, i zajęć z metodyki nauczania było na nich tyle, co kot napłakał. Dopiero dziesięć lat po zakończeniu studiów, a pięć przed zakończeniem kariery nauczyciela młodzieży, Alicja ukończy studia podyplomowe o charakterze metodycznym. Jednak przesłanie Dr. K. weźmie sobie do serca, i będzie stosować je również wobec własnych uczniów licealnych, wychodząc z założenia, że najważniejsze jest, żeby byli porządnymi ludźmi, a języka nauczą się wtedy, kiedy będą chcieli.


Ci, którzy chcieli uczyć się angielskiego na jej lekcjach, otrzymywali od niej pełny glottodydaktyczny serwis. Ci, którzy nie chcieli, mieli nie przeszkadzać. Zasady były jasne: trudno było u Alicji zarobić dwa stopnie z ówczesnej skali ocen (2-5): trzeba było mocno zapracować na piątkę, i na - dwójkę. Dwója bezwzględna na koniec okresu czy roku szkolnego czekała tego, który sam niczego nie robiąc, przeszkadza tym, którzy na lekcji porządnie pracują. Zasada była jasna i uczniowie jej przestrzegali. Żeby dostać słabą trójkę, wystarczyło jako-tako zaliczyć regularnie przeprowadzane krótkie teściki, składające się zwykle z 5 zdań do przetłumaczenia z polskiego na angielski. Nie było to zadanie zbyt łatwe, jako że Alicja tak je układała, aby owe pięć zdań obejmowało względnie szerokie spektrum struktur i słownictwa. Sprawdzianiki odbywały się pod bacznym okiem nauczycielki, traktującej je jako swoisty mały sport - polowanie na ściągających. Poza nimi były całościowe okresowe oceny za aktywność (stopień dobrej woli nauczenia się angielskiego i zaangażowania w lekcję) oraz za komunikatywność (stopień zdobytej zdolności porozumiewania się w tym języku w mowie i piśmie).


Uczniowie mieli jasno wytyczone ramy i wiedzieli, czego się trzymać. Alicja natomiast miała spokój z dyscypliną w klasie. Uczniowie, którzy wybrali nic-nie-robienie byli przez Alicję określani mianem „świetlicy”, ale wiedzieli, że w każdej chwili mogą przejść do „klasy”, jeśli będą mieli ochotę. Niektórzy mądrzeli i zaczynali się uczyć, inni pozostawali do końca nauki na minimalnym poziomie wymagań. Alicja po latach zastanawiała się, czy nie powinna była mobilizować tych leni, ale sama leniem będąc, nie miała ochoty przemęczać się i tracić energii na nierobów.


KONKLUZJA


Licealni uczniowie Alicji, którzy potem ukończyli anglistyki, albo ci, którzy w jeszcze innych zawodach sprawnie działają w języku angielskim, albo chociażby ci, którzy zapamiętali z lekcji piosenki Beatlesów [Piosenka!] - nie mają zastrzeżeń do jej metod nauczania, a wręcz w większości uważają za dobrego nauczyciela. Alicja w ogóle cieszyła się opinią nauczyciela bardzo sprawiedliwego. Ciekawa byłaby więc opinia przedstawiciela „świetlicy” o jej sposobie prowadzenia nauki. I taka okazja zdarzyła się. Dwadzieścia lat po uzyskaniu matury poprosił Alicję o prywatne lekcje jeden z przedstawicieli „świetlicy”, obecnie bardzo solidny urzędnik na odpowiedzialnej państwowej posadzie: - Widzi pani, kiedyś mogłem uczyć się u pani za darmo. Teraz będę musiał słono płacić. - powiedział z uśmiechem. - No właśnie, nie wiem, czy powinnam brać od pana pieniądze. Nie wiem, czy wtedy w szkole nie powinnam była pana i takich jak pan gonić do nauki. - odpowiedziała Alicja. - Nie. Ja nie chciałem się uczyć, a pani tylko marnowałaby na mnie czas i nerwy. A więc, proszę sobie nie robić wyrzutów. - Uff, no to luzik - pomyślała Alicja. Leń lenia zrozumie.

 

 12.01.2021


Odcinek następny: [Obrazki na wystawę. Poemat dydaktyczny (3/3)]

Cały cykl: [Obrazki na wystawę. Poemat dydaktyczny (1-3)]



.

Obrazki na wystawę. Poemat dydaktyczny (3/3)

 

Wyraz agencja umieściła w nazwie firmy pewnie ze względu na pamięć o ojcu, który w czasie niemieckiej okupacji, a potem zaraz po zakończeniu tamtej wojny, prowadził w Krakowie interesy pod firmą Agencja Handlowa Wojciech Takiataki. Pół wieku później, określając  swoją firmę jako Agencję Edukacyjną, Alicja nie pomyślała, że użyte słowo w jej otwierającym się na gospodarkę rynkową kraju właśnie nabywa specyficznego znaczenia, co stanie się przyczyną pewnego telefonicznego nieporozumienia opisanego w części pierwszej tej serii dydaktycznych obrazków na wystawę.


GRUPA WIEKOWA 26+


Założona przez Alicję firma edukacyjna zajmowała się głównie organizowaniem nauki języków obcych, prowadzonej w różnych formach i w różnych grupach wiekowych. Od chwili jej założenia osobiście Alicja zajmowała się przede wszystkim szkoleniem osób dorosłych w zakresie języka angielskiego - prowadzonym na własnych kursach firmowych lub na kursach zleconych przez różne przedsiębiorstwa lub instytucje.


Najpierwsze doświadczenie Alicji w uczeniu osoby dorosłej języka angielskiego w pewien sposób wiąże się również z osobą jej ojca. Pod koniec studiów anglistycznych jedna z wykładowczyń Alicji poleciła ją jako prywatną nauczycielkę swojemu wujowi, naukowcowi, który po przejściu na emeryturę chciał podtrzymywać znajomość tego języka. Lekcje odbywały się w sporym mieszkaniu tego pana, w którym zamieszkiwał z żoną i studiującymi dziećmi, i w którym Alicja bardzo lubiła bywać ze względu na spokojną i serdeczną atmosferę tego domu, oraz na skrawki rozmów, które czasami do niej docierały, na przykład o tym, że państwo są zaproszeni do Radziwiłłów, albo że dzwonił właśnie któryś Czartoryski. Konwersując ze swoim uczniem o tym i owym, Alicja dowiedziała się, że Pan M. w dalekiej młodości bywał na Podolu, w majątku swojej utytułowanej ciotki, we wsi jeszcze dawniej należącej do tego rodu, a w której urodził się i mieszkał wtedy ojciec Alicji, rówieśnik Pana M. [Czy znasz? Stąd mój ród!]. Kiedy wyjeżdżała do domu na święta lub ferie, Pan M. nigdy nie zapomniał przesłać pozdrowień jej ojcu, który od paru lat już nie żył – czego jednak Pan M. nie mógł jakoś zapamiętać. Alicja po jednej lub dwóch próbach już nie korygowała go i dziękowała za pozdrowienia dla tatusia.


Z lekcji ze swoimi dorosłymi uczniami, czasami od niej starszymi, czasami młodszymi, a czasami w tym samym wieku, zachowała Alicja wiele barwnych wspomnień, jak na przykład o tym młodszym od niej mężczyźnie, któremu potrafiła znienacka co jakiś czas coś zaśpiewać po angielsku, na ogół o miłości, czym wprawiała go w spore zakłopotanie, a z czasem nawet w przerażenie. Ona sama była zdziwiona, że to robi, ale w czasie rozmowy w języku angielskim pewne frazy zdaniowe, które melodyjnie wypowiadał, otwierały jej w pamięci klapkę z tak samo brzmiącą frazą z jakiejś znanej miłosnej piosenki, i Alicja nie mogła powstrzymać się od tego, żeby nie zanucić jednej lub dwóch linijek.



Prywatne lekcje zawsze stwarzają atmosferę intymności, sprzyjającej relacji jak człowiek z człowiekiem, więc sporo się na takich liniach działo. Tym więc bardziej, pod koniec swojego zawodowego życia jest Alicja zdziwiona tym, czego teraz dowiaduje się od swoich dorosłych uczniów, a mianowicie faktem, że oni się jej - boją. Nie mogą jej się nachwalić jako nauczyciela, lubią ją jako człowieka, ale - boją się. Jedna z tych osób wyznała Alicji, że takimi właśnie słowami kiedyś poleciła ją jako nauczycielkę dla dzieci znajomych: - Będą się jej bać. Ale to będzie przyjemne. - Alicja, wrodzony leń, pomyślała sobie wtedy, że być może stąd biorą się jej dydaktyczne sukcesy. Nie musi prawie niczego robić, bo jej uczniowie i tak będą się uczyć. Ze strachu.



Wesoło bywało też na zajęciach, które przez dziesięć lat prowadziła dla polskiej filii wielkiej międzynarodowej firmy produkcyjnej. Jej agencja otrzymała zlecenie na naukę języka angielskiego, który był oficjalnym językiem przedsiębiorstwa: w kilku większych grupach pracowników, oraz około dziesięciu corocznych zleceń na zajęcia indywidualne dla członków kadry różnych szczebli, o różnych stopniach zaawansowania. Prowadząc zajęcia indywidualne, będące głównie językowymi treningami, Alicja siłą rzeczy konwersowała ze swoimi uczniami na temat różnych szczegółów funkcjonowania przedsiębiorstwa. Po kilku dobrych latach tych rozmów, jeden z menadżerów zauważył, że Alicja mogłaby ze swojej pozycji nauczyciela prowadzić bardzo skuteczny – wywiad gospodarczy. Fakt. W którymś roku zaproponowała swoim uczniom prowadzenie pamiętników z cotygodniowymi wpisami dotyczącymi jednego bieżącego aspektu życia firmy. Oni jednak woleli o tym mówić, niż pisać. Tylko jeden z panów - Pan P. - podołał zadaniu, a jego sposób opisywania prostych zdarzeń z życia przedsiębiorstwa („Zgubiona śrubka” - na przykład) wkrótce stał się dla Alicji inspiracją do wypracowania własnej formy blogowej opowiastki.


KONKLUZJA


Zasadniczo uczenie osób dorosłych - szczególnie tych, które dopiero zaczynają naukę języka obcego - nie jest proste. Ogólnie dostępne podręczniki przeznaczone są z jednej strony dla osób młodych, które uczą się języka bardziej intuicyjnie niż osoba dorosła, a poza tym są to na ogół podręczniki przeznaczone na międzynarodowy rynek szkoleniowy, nie uwzględniające specyfiki ojczystego języka osoby uczącej się, która już wytworzyła w mózgu specyficzną pierwszą siatkę językową, stanowiącą barierę w nauce kolejnego języka.


Kiedy po piętnastu latach pracy z młodzieżą licealną Alicja zaczęła uczyć osoby dorosłe, była zmęczona tą nową pracą, która zbyt często przypominała nieproduktywną orkę na ugorze. Jako patentowany leń nie miała zamiaru tak męczyć siebie i uczniów do końca swoich zawodowych dni. Postanowiła więc zacząć pracować z uczniem dorosłym po swojemu, a nie po podręcznikowemu. I tak, od lekcji do lekcji, od grupy do grupy, od ucznia do ucznia, wypracowała własny system/program wdrażania dorosłego użytkownika języka polskiego do nauki języka angielskiego, który ma niemal stuprocentową skuteczność w pracy z uczniem indywidualnym (całkowicie początkującym lub takim, który wielokrotnie bez powodzenia próbował nauczyć się angielskiego, ale też z uczniem znającym już podstawy języka i wymagającym uporządkowania dotychczas zdobytej wiedzy/sprawności językowej), ale który to program nauczania pewnie umrze wraz z jego autorką, co trochę Alicję martwiło, ale już przestało. Alicja swoje dzieło nazywa opus magnum, bo rzeczywiście nie jest to dzieło małe: jego dotychczasowy efekt w wersji papierowej mieści się w skrypcie o objętości ponad 400 str. przeznaczonym dla ucznia, zamkniętym w około 10 autorskich roboczych segregatorach, a który w zapisie cyfrowym ma objętość 20 MB. Jak na dzieło lenia, jest to zaprawdę opus magnum.


Zdarza się, że czasami Alicji powie się opus Dei, zamiast magnum, i jest w tym prawda prawdziwa, którą teraz coraz wyraźniej widzi. Całe jej zawodowe życie jest - podobnie jak inne aspekty jej życia - bardziej dziełem Boga niż jej samej. Niewiele się w szkołach nauczyła, bo nigdy do systematycznej nauki nie przykładała się [Taki charakter], ale dany jej został wewnętrzny talent do nauczania języka, przez co Stwórca zadbał, żeby była w stanie jakoś przeżyć to życie, zarabiając tym talentem na utrzymanie. Alicja widzi teraz wyraźnie, że na pewno nie jest filologiem, że nie jest nawet obecnie nauczycielem [Byłam nauczycielem, ale nie zaciągałam się], ale - nauczaczem. Na równi z kafelkarzem, posadzkarzem czy kamieniarzem. Oni mają dryg do układania płyt, płytek i kafelków, ona otrzymała w darze dryg do układania w ludzkich głowach elementów języka angielskiego. I to wszystko.

 

  13.01.2021


Cały cykl: [Obrazki na wystawę. Poemat dydaktyczny (1-3)]



.

Obrazki na wystawę. That's the spirit!


1.

Alicja ma dwanaście lat i podpala swoje pierwsze papierosy. Dlaczego to robi? Ponieważ są, również w jej domu, w którym nikt ich nie pali. Może dlatego szczególnie są kuszące? Kusi ją bardzo duża otwarta paczka żeglarzy, chyba ze sto papierosów, oraz mniejsza paczka cygar, chyba jeszcze poniemieckich. I jedne, i drugie są już mocno zwietrzałe, ale jej to nie przeszkadza. Dymek wszak z nich jest.


Dobre wódki, które również po prostu w jej domu są, nie są zwietrzałe, natomiast ich zapasik stale rośnie, jako że od czasu do czasu jej ojciec w prezencie je otrzymuje, a ponieważ w domu bez jakiejś specjalnej okazji nie podaje się alkoholu, więc butelek w kredensie przybywa. I kuszą. Butelki kuszą Alicję, natomiast ona kusi koleżankę, z którą są teraz w siódmej klasie,. Dziewczynki dwa razy w tygodniu po południu chodzą na lekcje angielskiego w miejscowym klubie Empik, prowadzone przez dyrektora miejscowej Centrali Rybnej.


Alicja i jej koleżanka bardzo lubią te lekcje, ale z czasem dochodzą do wniosku, że będą je lubić jeszcze bardziej, jeśli przed wyjściem na zajęcia będą urządzać sobie małe degustacje alkoholi dostępnych w domu Alicji, zanim jej rodzice wrócą po pracy do domu. A po latach z nostalgią będą wspominać tamte lekcje na lekkim dziecięcym rauszu. Dobre wódki, w połączeniu z naprawdę dobrym nauczycielem, w przypadku ich obu dadzą bowiem zdecydowanie dobre glottodydaktyczne rezultaty.


2.

Alicja ma już kilka lat więcej i jest na studiach filologicznych w zakresie języka, którego naukę rozpoczęła w sposób tak bardzo przyjemny i skuteczny. Od czasu do czasu odwiedza swoich znajomych w innym ośrodku uniwersyteckim, waletując w akademiku, w którym mieszkają. Jako że ośrodek ten nie oferuje studiów neofilologicznych, jeśli Alicja zjawi się tam w okolicach sesji egzaminacyjnej, bywa przez różne osoby z akademika proszona o szybką konsultacjo-korepetycję przed egzaminem lub zaliczeniem z języka angielskiego.


Alicja, która wie, co i jak trzeba zrobić, na ogół sugeruje wzmocnienie korepetycji taką czy inną wódeczką, która w akademiku stale jest pod ręką. Jej uczniowie zawsze zaliczają to, co do zaliczenia mają, chociaż Alicja nie ma złudzeń, że wiedza nabyta w takim tempie i w takich okolicznościach, bez późniejszego jej utrwalenia przy pomocy mozolnej praktyki językowej, na długo nie wystarczy i wyparuje z głowy jak alkohol. Jednak jest ogólnie miło, szczególnie że Alicja nie tylko języka obcego poduczy, ale jeszcze w pakiecie pokaże, jak pić wódeczkę, żeby ta od razu spływała w dół gardziołka, jeśli ktoś jeszcze tego nie umie.


3.

Teraz Alicja ma już dużo lat więcej i specjalizuje się w nauczaniu osób dorosłych języka, którego kiedyś tak skutecznie sama zaczęła się uczyć. Jej kraj przechodzi właśnie transformację ustrojową, a różne zagraniczne firmy, które w nim zaczynają prowadzić działalność, wymagają od polskich pracowników znajomości lingua franca naszych czasów.


Dorośli, postawieni przed ultimatum angielski lub zmiana pracy, są bardzo zmotywowani do nauki tego języka, lecz siłą rzeczy wcześniej czy później, jeśli w młodości nie mieli z angielskim styczności, stają przed barierą swojego wieku. Cudów nie ma, ich mózg zamknął się już na intuicyjną naukę jakiegokolwiek języka. Kiedy pytają Alicję, w jaki sposób ona się tego języka nauczyła, albo jakie metody poleca, Alicja nigdy nie omieszka wspomnieć o metodach wyżej wspomnianych. Na pociechę.


Jedna z uczestniczek jednego z takich kursów po latach zaczepi Alicję na ulicy, przypomni się jej, przypomni też firmę, w której Alicja prowadziła naukę. Uśmiechnięta od ucha do ucha będzie wspominać lekcje, a z nich szczególnie zapamiętane wódczane opowieści nauczycielki. Alicji będzie oczywiście bardzo miło, że jest mile wspominana. Będzie jednak zastanawiać się, dlaczego ta kobieta tak niepewnie trzyma się w pionie, i dlaczego z jej ust wydobywa się taki ostry odór. Czyżby zaczęła studia anglistyczne?


 02.05.2021


W temacie, czyli na temat: [Obrazki na wystawę. Poemat dydaktyczny (1-3)]


.