Szukaj na tym blogu

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiastki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiastki. Pokaż wszystkie posty

Obrazki na wystawę. Poemat dydaktyczny (1/3)

 

W biurze prywatnej firmy, założonej przez Alicję na samym początku lat 1990-tych, zadzwonił kiedyś telefon. Sekretarka podniosła do ucha słuchawkę, w której odezwał się męski głos: - Czy to agencja? - Tak – zgodnie z prawdą odpowiedziała kobieta. - Czy macie własne pokoje? - zapytał dzwoniący. - Własnych sal nie mamy, ale wynajmujemy. - A co proponujecie? - pytał dalej. - A jaka grupa wiekowa pana interesuje? - spytała sekretarka. - A jakie macie? - Mamy grupy 6-8 lat, 8-10 lat, 10-12... - Mężczyzna z przerażeniem przerwał wyliczanie: - Jaka to jest agencja? - Edukacyjna, prowadzimy kursy językowe – wyjaśniła sekretarka. - Aaa, to bardzo dobra agencja – wymamrotał i szybko odłożył słuchawkę.


GRUPA WIEKOWA 10-14


Osobiście Alicja przez pierwsze ćwierć wieku pracy zawodowej jak ognia unikała nauczania dzieci języka obcego, którego kiedyś sama trochę nauczyła się w ramach studiów filologicznych, a potem zarobkowo trochę uczyła innych przy różnych okazjach: młodzież w liceach, dorosłych na kursach, a w ramach indywidualnych prywatnych lekcji - i jednych, i drugich. Cały czas sądziła, że dzieci uczyć nie potrafi, bo z dziećmi trzeba się bawić, a ona nie miała ochoty na jakieś językowe wygibasy. Kiedy Alicja miała już pół wieku życia za sobą, a przed sobą perspektywę emerytury, pewna osoba, która miała okazję poznać ją jako nauczyciela osób dorosłych, tak uparła się, że to właśnie Alicja ma prywatnie uczyć jej dziewięcioletnią córkę, i tak nieustępliwie przekonywała, że córka jest bardzo zdolną dziewczynką, aż Alicja, trochę dla świętego spokoju, zgodziła się. I tak rozpoczęła jedną z piękniejszych przygód dydaktycznych swojego życia.


Dziewczynka - nazwijmy ją Miłką - była bardzo miła, bardzo dobrze wychowana, bardzo inteligentna, i bardzo utalentowana - wielostronnie. I bardzo samotna wśród swoich mniej zdolnych, mniej kulturalnych, ale za to rozbrykanych, albo wręcz brutalnych rówieśników, którzy nie tylko nie dopuszczali jej do swojego grona, ale wręcz niszczyli. Już po paru pierwszych lekcjach Alicja zauważyła, że jej uczennica zaczyna traktować nauczycielkę, która mogłaby być jej babcią, jak przyjaciółkę. Jedyną. Lekcje angielskiego Miłka miała w szkole, więc na lekcjach prywatnych chodziło jedynie o porządkowanie wiedzy i dalsze rozwijanie sprawności językowych, co nie jest tak trudnym zadaniem, jak uczenie języka od podstaw. Emocjonalne przylgnięcie uczennicy do nauczycielki sprzyjało rozmowom od serca, więc rozwijanie sprawności mówienia w języku obcym nie stanowiło problemu - zawsze było o czym porozmawiać. W okolicach Dnia Dziecka Alicja co roku zapraszała swoją przyjaciółkę do kawiarni na lody czy ciastko.


Kiedy dziewczynka w wieku lat czternastu doskonale radziła już sobie sama z językiem angielskim, kiedy celująco zdała egzamin językowy na poziomie FCE, i rozpoczęła naukę w bardzo dobrym liceum, Alicja uznała swoją misję za zakończoną i zaproponowała rodzicom ewentualne pomyślenie o konwersacjach dla córki z native speakerem, czyli rodzimym użytkownikiem języka angielskiego. Dawna uczennica jeszcze przez rok czy dwa od czasu do czasu dzwoniła do Alicji i zapraszała byłą nauczycielkę na spotkanie przy kawie czy herbacie. Rozmawiały wtedy jak zawsze od serca, jak zawsze po angielsku. Któregoś razu Alicja szczerze spytała szesnastolatkę, czy pamięta, że kiedyś, w swojej dziecięcej samotności, uczyniła z Alicji swoją powierniczkę. - Tak, pamiętam. - A jak jest teraz w kontaktach z rówieśnikami? - Teraz to ja wybieram sobie przyjaciół.


W taki sposób i ta misja Alicji skończyła się. Jej uczennica poszła dalej sama swoją dorosłą drogą, natomiast Alicja od tamtego czasu nie bała się przyjmować na prywatne lekcje uczniów w młodszych grupach wiekowych. Byli to uczniowie bardziej lub mniej uzdolnieni językowo, ale prawie zawsze ich nauczanie kończyło się sukcesem, czasami już po pierwszych kilku lekcjach, czego Alicja do dziś nie rozumie. Jak to możliwe, żeby pierwsze sukcesy językowe mierzone szkolnymi ocenami mogły przychodzić tak szybko po rozpoczęciu lekcji z nią, skoro ona nie robiła niczego specjalnego, poza tym, co konieczne.


KONKLUZJA


Niektórzy z jej uczniów w tej grupie wiekowej osiągnęli językowo tak dużo, jak Miłka. W paru przypadkach Alicji udało się wyciągnąć paru dziesięciolatków z nieprawdopodobnej psychicznej blokady na percepcję języka angielskiego, po czym po pięciu czy sześciu latach nabrali oni w nauce tempa rakiety, za którą Alicji trudno było nadążyć. W jednym z takich przypadków, który też stanowiłby materiał do pięknej życiowej i dydaktycznej opowiastki, Alicja po raz drugi sama zakończyła swoją misję, kierując uczennicę do nauczyciela o lepszej praktycznej znajomości nauczanego języka. I oto ostatnio, dwadzieścia lat po dydaktycznej przygodzie z Miłką, jeden z takich właśnie znajomych nauczycieli, a równocześnie jeden ze współpracowników Alicji w kiedyś prowadzonej przez nią agencji edukacyjnej, wymusił na niej przyjęcie na prywatne lekcje jego trzynastoletniej córki, która mogłaby niemal być jej prawnuczką, a która praktycznego angielskiego uczy się z powodzeniem od drugiego roku życia, i która jest w stanie swobodnie z ojcem rozmawiać w domu w tym języku – nie całkowicie bezbłędnie, ale pięknie płynnie. Przerażona Alicja starała się mu uświadomić, że nie jest leksykalnym orłem, że jest stara i chora, że ma coraz gorszą pamięć, że już zapomina słowa nawet w języku polskim. Argumenty nie były przyjmowane. Więc nie miała wyboru, jako że nie chciała definitywnie odmówić koledze, do którego czasami zwracała się z językowymi wątpliwościami. Po paru pierwszych lekcjach nauczycielka chwyciła, o co chodzi. Córka kolegi nie zawsze rozumiała na czym polegają popełniane przez nią - nieliczne - błędy gramatyczne, a z ojcem zdaje się nie chciała o tym rozmawiać. Spytała trzynastolatkę: - Nauczyłaś się dobrze prowadzić samochód, a ja mam ci teraz w praktyce pokazać, jak ten samochód działa, żebyś sama umiała go w razie czego naprawić, tak? - Tak. - No to jedziemy. - Jeśli Alicji zdarzy się zapomnieć jakiegoś angielskiego słowa, dziewczynka - nazwijmy ją Martą - podpowie je nauczycielce, i jadą dalej.

 

11.01.2021


Odcinek następny: [Obrazki na wystawę. Poemat dydaktyczny (2/3)]

Cały cykl: [Obrazki na wystawę. Poemat dydaktyczny (1-3)]



.

Obrazki na wystawę. Poemat dydaktyczny (2/3)

 

Profesorówna zdała pomyślnie maturę z języka angielskiego i dostała się na studia anglistyczne, które właśnie kończyła jej korepetytorka. Kiedy żegnały się, ojciec Profesorówny podziękował Alicji za skuteczną pracę z jego córką, dodając: - A teraz powiem, jak wyglądały kulisy pani zatrudnienia. Jeden z pani wykładowców na anglistyce polecił mi dwie kandydatki z roku, którym się kiedyś opiekował. Była to pani koleżanka, która długo mieszkała w angielskim obszarze językowym, chodziła tam do angielskich szkół i zna bardzo dobrze język angielski. Potem przedstawił pani nazwisko, mówiąc, że pani bardzo dobrze tego języka nie zna, ale - jak to określił - „ona potrafi angielskiego nauczyć”.


GRUPA WIEKOWA 14-18


Był to ten sam wykładowca, który jako opiekun na pierwszym roku studiów Alicji wezwał ją do swojego gabinetu, kiedy pod koniec pierwszego semestru jej nazwisko znalazło się na tak zwanej szarej liście studentów z jednym zagrożeniem brakiem zaliczenia z praktycznej znajomości angielskiego - w jej przypadku było to zaliczenie tak zwanego języka pisanego. Kiedy pojawiła się przed nim, Dr. K spojrzał na nią i powiedział: - Proszę się nie bać. Jest pani na szarej liście, ma pani na sobie szary sweterek, a w głowie ma pani szare komórki. I one są najważniejsze. Języka pani może nauczyć się nawet po studiach. - Alicja, urodzona luzaczka i patentowany leń, została w tamtym momencie namaszczona na całą swoją zawodową przyszłość.


Skąd Dr. K. wiedział tyle o niej, na przykład to, że ona potrafi nauczyć języka, tego Alicja do dzisiaj nie wie, jako że ówczesne studia miały charakter wybitnie filologiczny, a nie nauczycielski, i zajęć z metodyki nauczania było na nich tyle, co kot napłakał. Dopiero dziesięć lat po zakończeniu studiów, a pięć przed zakończeniem kariery nauczyciela młodzieży, Alicja ukończy studia podyplomowe o charakterze metodycznym. Jednak przesłanie Dr. K. weźmie sobie do serca, i będzie stosować je również wobec własnych uczniów licealnych, wychodząc z założenia, że najważniejsze jest, żeby byli porządnymi ludźmi, a języka nauczą się wtedy, kiedy będą chcieli.


Ci, którzy chcieli uczyć się angielskiego na jej lekcjach, otrzymywali od niej pełny glottodydaktyczny serwis. Ci, którzy nie chcieli, mieli nie przeszkadzać. Zasady były jasne: trudno było u Alicji zarobić dwa stopnie z ówczesnej skali ocen (2-5): trzeba było mocno zapracować na piątkę, i na - dwójkę. Dwója bezwzględna na koniec okresu czy roku szkolnego czekała tego, który sam niczego nie robiąc, przeszkadza tym, którzy na lekcji porządnie pracują. Zasada była jasna i uczniowie jej przestrzegali. Żeby dostać słabą trójkę, wystarczyło jako-tako zaliczyć regularnie przeprowadzane krótkie teściki, składające się zwykle z 5 zdań do przetłumaczenia z polskiego na angielski. Nie było to zadanie zbyt łatwe, jako że Alicja tak je układała, aby owe pięć zdań obejmowało względnie szerokie spektrum struktur i słownictwa. Sprawdzianiki odbywały się pod bacznym okiem nauczycielki, traktującej je jako swoisty mały sport - polowanie na ściągających. Poza nimi były całościowe okresowe oceny za aktywność (stopień dobrej woli nauczenia się angielskiego i zaangażowania w lekcję) oraz za komunikatywność (stopień zdobytej zdolności porozumiewania się w tym języku w mowie i piśmie).


Uczniowie mieli jasno wytyczone ramy i wiedzieli, czego się trzymać. Alicja natomiast miała spokój z dyscypliną w klasie. Uczniowie, którzy wybrali nic-nie-robienie byli przez Alicję określani mianem „świetlicy”, ale wiedzieli, że w każdej chwili mogą przejść do „klasy”, jeśli będą mieli ochotę. Niektórzy mądrzeli i zaczynali się uczyć, inni pozostawali do końca nauki na minimalnym poziomie wymagań. Alicja po latach zastanawiała się, czy nie powinna była mobilizować tych leni, ale sama leniem będąc, nie miała ochoty przemęczać się i tracić energii na nierobów.


KONKLUZJA


Licealni uczniowie Alicji, którzy potem ukończyli anglistyki, albo ci, którzy w jeszcze innych zawodach sprawnie działają w języku angielskim, albo chociażby ci, którzy zapamiętali z lekcji piosenki Beatlesów [Piosenka!] - nie mają zastrzeżeń do jej metod nauczania, a wręcz w większości uważają za dobrego nauczyciela. Alicja w ogóle cieszyła się opinią nauczyciela bardzo sprawiedliwego. Ciekawa byłaby więc opinia przedstawiciela „świetlicy” o jej sposobie prowadzenia nauki. I taka okazja zdarzyła się. Dwadzieścia lat po uzyskaniu matury poprosił Alicję o prywatne lekcje jeden z przedstawicieli „świetlicy”, obecnie bardzo solidny urzędnik na odpowiedzialnej państwowej posadzie: - Widzi pani, kiedyś mogłem uczyć się u pani za darmo. Teraz będę musiał słono płacić. - powiedział z uśmiechem. - No właśnie, nie wiem, czy powinnam brać od pana pieniądze. Nie wiem, czy wtedy w szkole nie powinnam była pana i takich jak pan gonić do nauki. - odpowiedziała Alicja. - Nie. Ja nie chciałem się uczyć, a pani tylko marnowałaby na mnie czas i nerwy. A więc, proszę sobie nie robić wyrzutów. - Uff, no to luzik - pomyślała Alicja. Leń lenia zrozumie.

 

 12.01.2021


Odcinek następny: [Obrazki na wystawę. Poemat dydaktyczny (3/3)]

Cały cykl: [Obrazki na wystawę. Poemat dydaktyczny (1-3)]



.

Obrazki na wystawę. Poemat dydaktyczny (3/3)

 

Wyraz agencja umieściła w nazwie firmy pewnie ze względu na pamięć o ojcu, który w czasie niemieckiej okupacji, a potem zaraz po zakończeniu tamtej wojny, prowadził w Krakowie interesy pod firmą Agencja Handlowa Wojciech Takiataki. Pół wieku później, określając  swoją firmę jako Agencję Edukacyjną, Alicja nie pomyślała, że użyte słowo w jej otwierającym się na gospodarkę rynkową kraju właśnie nabywa specyficznego znaczenia, co stanie się przyczyną pewnego telefonicznego nieporozumienia opisanego w części pierwszej tej serii dydaktycznych obrazków na wystawę.


GRUPA WIEKOWA 26+


Założona przez Alicję firma edukacyjna zajmowała się głównie organizowaniem nauki języków obcych, prowadzonej w różnych formach i w różnych grupach wiekowych. Od chwili jej założenia osobiście Alicja zajmowała się przede wszystkim szkoleniem osób dorosłych w zakresie języka angielskiego - prowadzonym na własnych kursach firmowych lub na kursach zleconych przez różne przedsiębiorstwa lub instytucje.


Najpierwsze doświadczenie Alicji w uczeniu osoby dorosłej języka angielskiego w pewien sposób wiąże się również z osobą jej ojca. Pod koniec studiów anglistycznych jedna z wykładowczyń Alicji poleciła ją jako prywatną nauczycielkę swojemu wujowi, naukowcowi, który po przejściu na emeryturę chciał podtrzymywać znajomość tego języka. Lekcje odbywały się w sporym mieszkaniu tego pana, w którym zamieszkiwał z żoną i studiującymi dziećmi, i w którym Alicja bardzo lubiła bywać ze względu na spokojną i serdeczną atmosferę tego domu, oraz na skrawki rozmów, które czasami do niej docierały, na przykład o tym, że państwo są zaproszeni do Radziwiłłów, albo że dzwonił właśnie któryś Czartoryski. Konwersując ze swoim uczniem o tym i owym, Alicja dowiedziała się, że Pan M. w dalekiej młodości bywał na Podolu, w majątku swojej utytułowanej ciotki, we wsi jeszcze dawniej należącej do tego rodu, a w której urodził się i mieszkał wtedy ojciec Alicji, rówieśnik Pana M. [Czy znasz? Stąd mój ród!]. Kiedy wyjeżdżała do domu na święta lub ferie, Pan M. nigdy nie zapomniał przesłać pozdrowień jej ojcu, który od paru lat już nie żył – czego jednak Pan M. nie mógł jakoś zapamiętać. Alicja po jednej lub dwóch próbach już nie korygowała go i dziękowała za pozdrowienia dla tatusia.


Z lekcji ze swoimi dorosłymi uczniami, czasami od niej starszymi, czasami młodszymi, a czasami w tym samym wieku, zachowała Alicja wiele barwnych wspomnień, jak na przykład o tym młodszym od niej mężczyźnie, któremu potrafiła znienacka co jakiś czas coś zaśpiewać po angielsku, na ogół o miłości, czym wprawiała go w spore zakłopotanie, a z czasem nawet w przerażenie. Ona sama była zdziwiona, że to robi, ale w czasie rozmowy w języku angielskim pewne frazy zdaniowe, które melodyjnie wypowiadał, otwierały jej w pamięci klapkę z tak samo brzmiącą frazą z jakiejś znanej miłosnej piosenki, i Alicja nie mogła powstrzymać się od tego, żeby nie zanucić jednej lub dwóch linijek.



Prywatne lekcje zawsze stwarzają atmosferę intymności, sprzyjającej relacji jak człowiek z człowiekiem, więc sporo się na takich liniach działo. Tym więc bardziej, pod koniec swojego zawodowego życia jest Alicja zdziwiona tym, czego teraz dowiaduje się od swoich dorosłych uczniów, a mianowicie faktem, że oni się jej - boją. Nie mogą jej się nachwalić jako nauczyciela, lubią ją jako człowieka, ale - boją się. Jedna z tych osób wyznała Alicji, że takimi właśnie słowami kiedyś poleciła ją jako nauczycielkę dla dzieci znajomych: - Będą się jej bać. Ale to będzie przyjemne. - Alicja, wrodzony leń, pomyślała sobie wtedy, że być może stąd biorą się jej dydaktyczne sukcesy. Nie musi prawie niczego robić, bo jej uczniowie i tak będą się uczyć. Ze strachu.



Wesoło bywało też na zajęciach, które przez dziesięć lat prowadziła dla polskiej filii wielkiej międzynarodowej firmy produkcyjnej. Jej agencja otrzymała zlecenie na naukę języka angielskiego, który był oficjalnym językiem przedsiębiorstwa: w kilku większych grupach pracowników, oraz około dziesięciu corocznych zleceń na zajęcia indywidualne dla członków kadry różnych szczebli, o różnych stopniach zaawansowania. Prowadząc zajęcia indywidualne, będące głównie językowymi treningami, Alicja siłą rzeczy konwersowała ze swoimi uczniami na temat różnych szczegółów funkcjonowania przedsiębiorstwa. Po kilku dobrych latach tych rozmów, jeden z menadżerów zauważył, że Alicja mogłaby ze swojej pozycji nauczyciela prowadzić bardzo skuteczny – wywiad gospodarczy. Fakt. W którymś roku zaproponowała swoim uczniom prowadzenie pamiętników z cotygodniowymi wpisami dotyczącymi jednego bieżącego aspektu życia firmy. Oni jednak woleli o tym mówić, niż pisać. Tylko jeden z panów - Pan P. - podołał zadaniu, a jego sposób opisywania prostych zdarzeń z życia przedsiębiorstwa („Zgubiona śrubka” - na przykład) wkrótce stał się dla Alicji inspiracją do wypracowania własnej formy blogowej opowiastki.


KONKLUZJA


Zasadniczo uczenie osób dorosłych - szczególnie tych, które dopiero zaczynają naukę języka obcego - nie jest proste. Ogólnie dostępne podręczniki przeznaczone są z jednej strony dla osób młodych, które uczą się języka bardziej intuicyjnie niż osoba dorosła, a poza tym są to na ogół podręczniki przeznaczone na międzynarodowy rynek szkoleniowy, nie uwzględniające specyfiki ojczystego języka osoby uczącej się, która już wytworzyła w mózgu specyficzną pierwszą siatkę językową, stanowiącą barierę w nauce kolejnego języka.


Kiedy po piętnastu latach pracy z młodzieżą licealną Alicja zaczęła uczyć osoby dorosłe, była zmęczona tą nową pracą, która zbyt często przypominała nieproduktywną orkę na ugorze. Jako patentowany leń nie miała zamiaru tak męczyć siebie i uczniów do końca swoich zawodowych dni. Postanowiła więc zacząć pracować z uczniem dorosłym po swojemu, a nie po podręcznikowemu. I tak, od lekcji do lekcji, od grupy do grupy, od ucznia do ucznia, wypracowała własny system/program wdrażania dorosłego użytkownika języka polskiego do nauki języka angielskiego, który ma niemal stuprocentową skuteczność w pracy z uczniem indywidualnym (całkowicie początkującym lub takim, który wielokrotnie bez powodzenia próbował nauczyć się angielskiego, ale też z uczniem znającym już podstawy języka i wymagającym uporządkowania dotychczas zdobytej wiedzy/sprawności językowej), ale który to program nauczania pewnie umrze wraz z jego autorką, co trochę Alicję martwiło, ale już przestało. Alicja swoje dzieło nazywa opus magnum, bo rzeczywiście nie jest to dzieło małe: jego dotychczasowy efekt w wersji papierowej mieści się w skrypcie o objętości ponad 400 str. przeznaczonym dla ucznia, zamkniętym w około 10 autorskich roboczych segregatorach, a który w zapisie cyfrowym ma objętość 20 MB. Jak na dzieło lenia, jest to zaprawdę opus magnum.


Zdarza się, że czasami Alicji powie się opus Dei, zamiast magnum, i jest w tym prawda prawdziwa, którą teraz coraz wyraźniej widzi. Całe jej zawodowe życie jest - podobnie jak inne aspekty jej życia - bardziej dziełem Boga niż jej samej. Niewiele się w szkołach nauczyła, bo nigdy do systematycznej nauki nie przykładała się [Taki charakter], ale dany jej został wewnętrzny talent do nauczania języka, przez co Stwórca zadbał, żeby była w stanie jakoś przeżyć to życie, zarabiając tym talentem na utrzymanie. Alicja widzi teraz wyraźnie, że na pewno nie jest filologiem, że nie jest nawet obecnie nauczycielem [Byłam nauczycielem, ale nie zaciągałam się], ale - nauczaczem. Na równi z kafelkarzem, posadzkarzem czy kamieniarzem. Oni mają dryg do układania płyt, płytek i kafelków, ona otrzymała w darze dryg do układania w ludzkich głowach elementów języka angielskiego. I to wszystko.

 

  13.01.2021


Cały cykl: [Obrazki na wystawę. Poemat dydaktyczny (1-3)]



.

Obrazki na wystawę. Tak cię piszą, jak cię widzą

 

1. Alicja mogłaby opisać się sama tak, jak sama siebie widzi, ale mogłaby również spróbować opisać się tak, jak inni mówią, że ją widzą. Na przykład, kiedy Alicja była nastolatką, jej ładna matka spojrzała kiedyś uważnie na córkę i zwracając uwagę na regularność jej rysów oceniła, że córka wyglądałaby nawet dobrze, gdyby coś zrobiła z cerą, inicjując w ten sposób długą znajomość swojej córki z kosmetyczką. Kiedyś w rysach twarzy młodej Alicji, a dokładniej w obrębie oczu, pewien młody chłopak zobaczył jakieś podobieństwo do młodej Magdaleny Abakanowicz, mimo że sama Alicja była raczej skłonna widzieć w nich podobieństwo do młodego Boba Dylana. Jednak kiedy wraz z latami Alicja zaczęła zbliżać się do wieku matki z czasów swojej młodości, zaczęła z różnych stron coraz częściej słyszeć, że jest coraz bardziej właśnie do niej podobna. Teraz stwierdza, że coś w tym było i jest: widzi w sobie sporo z matki - w oczach, wyrazie twarzy, uśmiechu. I sama przyznaje: mamieję.


2. Jej elegancka matka często narzekała, że dorastająca córka nie dba o strój. Ale to nie ona, tylko matki siostra pouczyła Alicję, kiedy ta chyba nie miała jeszcze dziesięciu lat, jak należy odpowiednio dobierać kolorystykę strojów. Alicja wzięła sobie do serca radę cioci i następnego dnia wystąpiła cała ubrana na biało-czerwono. Potem już za bardzo nie przejmowała się zasadami, tylko nosiła to, w czym czuła się dobrze, od czasu do czasu dowiadując się od lepiej zorientowanych znajomych, że na to, co na sobie czasami nosi, istnieją nawet jakieś określenia i nazwy stylów.


3. Polska przyjaciółka Alicji [Auto! Stop!], mieszkająca w latach 1980-tych na Węgrzech, bardzo bała się, żeby Alicja, która miała ją pewnego lata po raz pierwszy odwiedzić w jej nowym kraju zamieszkania, nie wyglądała jak polska baba, która przyjechała tam na handel. Przy powitaniu zmierzyła Alicję wzrokiem od stóp do głów i stwierdziła zadowolona: - Wyglądasz na amerykańską turystkę. - Kiedy 20 lat później Alicja, myśląca wtedy o wstąpieniu do klasztoru [Być mniszką], i ubierająca się w związku z tym bardziej ascetycznie niż dotychczas, odwiedziła tę samą przyjaciółkę w kolejnym kraju jej zamieszkania, którym były wtedy Niemcy, ta zmierzyła ją znowu wzrokiem i oceniła, że nie jest najgorzej: - Wyglądasz jak ewangelicka diakonisa.


4. Sposób noszenia się Alicji bywał określany czasami jako sportowy, czasami jako angielski, co - ze względu na anglosaskie wpływy w jej życiu - za bardzo jej nie dziwiło i nie dziwi, chociaż sama wolałaby ubierać się z francuska, gdyby posiadała do tego lepsze warunki zewnętrzne. Nadal jednak nie może zrozumieć, co na myśli mogła mieć pewna nieznajoma kobieta, która wiele lat temu na głównej poczcie w Krakowie zaczepiła Alicję, kiedy ta swobodnie auto-stopowała sobie latem po kraju. Najpierw nieznajoma dość długo obserwowała młodą smukłą kobietę w dżinsach i tiszercie z małym kanadyjskim liściem klonowym na froncie oraz dużym turystycznym plecakiem na plecach. W końcu nieznajoma powoli, z namysłem podeszła do Alicji, i bardzo wolno, wyraźnie oddzielając wyrazy, spytała ją po polsku: - Przepraszam - czy - pani - mnie - rozumie? - Tak – usłyszała w odpowiedzi. - Czy - pani - jest - Amerykanką? - kontynuowała cedząc słowa. - Nie, jestem Polką. - spokojnie odpowiedziała Alicja. - A, to przepraszam, bo wygląda pani na Włoszkę. - I poszła sobie.

 

 04.06 2021



.

Obrazki na wystawę. That's the spirit!


1.

Alicja ma dwanaście lat i podpala swoje pierwsze papierosy. Dlaczego to robi? Ponieważ są, również w jej domu, w którym nikt ich nie pali. Może dlatego szczególnie są kuszące? Kusi ją bardzo duża otwarta paczka żeglarzy, chyba ze sto papierosów, oraz mniejsza paczka cygar, chyba jeszcze poniemieckich. I jedne, i drugie są już mocno zwietrzałe, ale jej to nie przeszkadza. Dymek wszak z nich jest.


Dobre wódki, które również po prostu w jej domu są, nie są zwietrzałe, natomiast ich zapasik stale rośnie, jako że od czasu do czasu jej ojciec w prezencie je otrzymuje, a ponieważ w domu bez jakiejś specjalnej okazji nie podaje się alkoholu, więc butelek w kredensie przybywa. I kuszą. Butelki kuszą Alicję, natomiast ona kusi koleżankę, z którą są teraz w siódmej klasie,. Dziewczynki dwa razy w tygodniu po południu chodzą na lekcje angielskiego w miejscowym klubie Empik, prowadzone przez dyrektora miejscowej Centrali Rybnej.


Alicja i jej koleżanka bardzo lubią te lekcje, ale z czasem dochodzą do wniosku, że będą je lubić jeszcze bardziej, jeśli przed wyjściem na zajęcia będą urządzać sobie małe degustacje alkoholi dostępnych w domu Alicji, zanim jej rodzice wrócą po pracy do domu. A po latach z nostalgią będą wspominać tamte lekcje na lekkim dziecięcym rauszu. Dobre wódki, w połączeniu z naprawdę dobrym nauczycielem, w przypadku ich obu dadzą bowiem zdecydowanie dobre glottodydaktyczne rezultaty.


2.

Alicja ma już kilka lat więcej i jest na studiach filologicznych w zakresie języka, którego naukę rozpoczęła w sposób tak bardzo przyjemny i skuteczny. Od czasu do czasu odwiedza swoich znajomych w innym ośrodku uniwersyteckim, waletując w akademiku, w którym mieszkają. Jako że ośrodek ten nie oferuje studiów neofilologicznych, jeśli Alicja zjawi się tam w okolicach sesji egzaminacyjnej, bywa przez różne osoby z akademika proszona o szybką konsultacjo-korepetycję przed egzaminem lub zaliczeniem z języka angielskiego.


Alicja, która wie, co i jak trzeba zrobić, na ogół sugeruje wzmocnienie korepetycji taką czy inną wódeczką, która w akademiku stale jest pod ręką. Jej uczniowie zawsze zaliczają to, co do zaliczenia mają, chociaż Alicja nie ma złudzeń, że wiedza nabyta w takim tempie i w takich okolicznościach, bez późniejszego jej utrwalenia przy pomocy mozolnej praktyki językowej, na długo nie wystarczy i wyparuje z głowy jak alkohol. Jednak jest ogólnie miło, szczególnie że Alicja nie tylko języka obcego poduczy, ale jeszcze w pakiecie pokaże, jak pić wódeczkę, żeby ta od razu spływała w dół gardziołka, jeśli ktoś jeszcze tego nie umie.


3.

Teraz Alicja ma już dużo lat więcej i specjalizuje się w nauczaniu osób dorosłych języka, którego kiedyś tak skutecznie sama zaczęła się uczyć. Jej kraj przechodzi właśnie transformację ustrojową, a różne zagraniczne firmy, które w nim zaczynają prowadzić działalność, wymagają od polskich pracowników znajomości lingua franca naszych czasów.


Dorośli, postawieni przed ultimatum angielski lub zmiana pracy, są bardzo zmotywowani do nauki tego języka, lecz siłą rzeczy wcześniej czy później, jeśli w młodości nie mieli z angielskim styczności, stają przed barierą swojego wieku. Cudów nie ma, ich mózg zamknął się już na intuicyjną naukę jakiegokolwiek języka. Kiedy pytają Alicję, w jaki sposób ona się tego języka nauczyła, albo jakie metody poleca, Alicja nigdy nie omieszka wspomnieć o metodach wyżej wspomnianych. Na pociechę.


Jedna z uczestniczek jednego z takich kursów po latach zaczepi Alicję na ulicy, przypomni się jej, przypomni też firmę, w której Alicja prowadziła naukę. Uśmiechnięta od ucha do ucha będzie wspominać lekcje, a z nich szczególnie zapamiętane wódczane opowieści nauczycielki. Alicji będzie oczywiście bardzo miło, że jest mile wspominana. Będzie jednak zastanawiać się, dlaczego ta kobieta tak niepewnie trzyma się w pionie, i dlaczego z jej ust wydobywa się taki ostry odór. Czyżby zaczęła studia anglistyczne?


 02.05.2021


W temacie, czyli na temat: [Obrazki na wystawę. Poemat dydaktyczny (1-3)]


.

Płynie, płynie


Ktoś mówi z uznaniem, że jestem mądra, a potem traktuje mnie jak głupka. Ktoś inny mówi, że jestem dobra, a potem kusi mnie do zła. I co robić z takimi ludźmi? Inni z kolei, a tych to są już całe zastępy, kiedy po latach niewidzenia gdzieś przypadkiem na mnie wpadną, mówią, że tak się cieszą, że mnie widzą, że zadzwonią, napiszą, skontaktują się, że koniecznie musimy się spotkać, a potem na amen przepadają, odpływają w milczenie. I jak traktować poważnie czyjeś słowa?

*

Na dobrą sprawę, a może na złą, ja też swojego słowa nie dotrzymałam. Rok temu uroczyście oznajmiłam, że rozstaję się z tym miejscem [Witaj smutku], a teraz piszę tutaj znowu. Może dzieje się tak dlatego, że latem podreperowała mi się nieco depresja, więc zanim przyjdzie jesień, wydaję z siebie głos? A może dlatego, że zaczęłam na poważnie przeglądać i porządkować około 300 tekstów, które od roku 2007 do roku 2017 tutaj zamieściłam, a porządkując stwierdzam, że warto niektóre z nich spróbować przypomnieć dawnym czytelnikom, a ewentualnym czytelnikom nowym – zareklamować.

Dlaczego? Ponieważ są po prostu dobre, a niektóre nawet bardzo, wystarczy tylko wśród nich dobrze poszperać. Że jestem nieskromna? Bo ja wiem? Może jedynie sprawiedliwa, wzorem mojej rodzicielki, która często zachęcała gości do konsumpcji postawionych na stole dań słowami: - Jedzcie, jedzcie. To jest bardzo dobre, sama to zrobiłam. - I tak rzeczywiście było, a pisałam o tym już kiedyś, bardzo dawno, na samym początku [Patrz mi w oczy, kiedy mówię].

*

A więc: porządkuję swoje opowiastki z ostatnich ponad dziesięciu lat. A robię tak dlatego, że jak napisałam innym razem [Cztery klasztory i jeden apostata], jakieś pięć lat temu przypomniał sobie o mnie klasztor X, o którym ja nie zapomniałam, i który dość często wspominałam w swoich tekstach: [Być mniszką], [Dominicanus], [Kuchnia polska], [Myślę sobie], [Wszystkie stworzenia].

W innym dawnym tekście [Panta rhei], gdybym chciała go obecnie zaktualizować, mógłby znaleźć się wspomniany wyżej mój kuzyn apostata, który w międzyczasie tak jak ze wspólnoty Kościoła, tak samo wypisał się z mojego życia, tłumacząc, że ja idę swoją drogą, a on swoją, chociaż nie jestem pewna czy nie poszło o polar, który od kogoś z rodziny dostał za darmo, a potem odsprzedał mi za dwieście złotych.

Z kolei wspomniany innym razem mój znajomy Ha, który od kilku lat zjawiał się dzień przed Bożym Narodzeniem - z własnej inicjatywy - na wigilijny lunch, a potem również na paschalną herbatkę w Wielką Sobotę, przestał w ogóle odzywać się, chociaż zawsze miał tyle do powiedzenia o egzotycznym przyjacielu [Lunch wigilijny], a potem także o nowej egzotycznej przyjaciółce, którą zresztą w międzyczasie dość blisko poznałam, i której sekundowałam w przymiarkach Ha do małżeństwa, które potem zawisły w próżni. Jeśli już nie chciał mówić o tym ostatnim, mógł mi nadal opowiadać na przykład o nowym pomyśle na doktorat, którego pisanie rozpoczął w obcym kraju, i który nie ma już nic wspólnego z Beatlesami, albo o przygotowaniach do nowego koncertu, który niedawno miał miejsce w naszym mieście. Przede wszystkim jednak chętnie dowiedziałabym się o tym, jak rozwinęła się jego relacja z – Przyjacielem.

Do notki przypominającej, że wszystko płynie mogłabym dodać jeszcze coś o [Vivienne]. Okazało się bowiem podczas przeglądania dawnych opowiastek, że zapomniałam, jak brzmiało dobre anglosaskie nazwisko tamtej dziewczyny, co oznacza, że teraz mogę nie mieć już żadnej szansy na odnalezienie jej. I myślę sobie, że dobrze robię spisując te różne wspomnienia, bo przecież na dobrą sprawę mogę wkrótce zapomnieć, że jakakolwiek osoba o takim imieniu kiedykolwiek przewinęła się przez moje życie [Co z tym zrobić, czyli dylemat, albo analiza sytuacji].

Nawet tak ważne dla mnie wakacje ramię w ramię z moją przyjaciółką z internetu zmieniły swój charakter, ze względu na ogrom obowiązków, które spadły na jej barki, i chociaż spędziłyśmy razem bardzo dużo czasu tego lata, jak zawsze rozpiętego między morzem i górami, to jednak był to dla nas obu czas wypełniony przede wszystkim pracą, a jeśli kiedyś zbiorę się do jego opisania, notkę pewnie zatytułuję - „Matka polka galopka”. Wspomniany cykl zatrzymał się więc na notce zeszłorocznej, którą potem uzupełniłam jeszcze ostatnimi zdjęciami suki S. [Sześć i pół, albo pieskie życie].

*

Jak napisałam wcześniej, porządkuję opowiastki, ponieważ przypomniał sobie o mnie klasztor X, i być może w tym klasztorze ktoś przypomniał sobie, że wiele lat temu, do poprzedniej przełożonej, czyli matki, czyli ksieni - przez kilka lat przysyłałam częste i długie listy. Może nawet zachowały się one w jakimś klasztornym archiwum X. Jedna z sióstr nie tak dawno spytała mnie wprost o pisanie, mówiąc, że wie, że kiedyś dużo pisałam, na co odpowiedziałam, że teraz nie piszę. Po jakimś czasie przypomniało mi się, że przecież jednak piszę, chociaż inaczej niż wtedy. Przy innej okazji wspomniałam więc, że kiedy przestałam pisać do Matki X, zaczęłam produkować się w internecie [W poszukiwaniu odnalezionego czasu]. Ostatnio pomyślałam sobie - bo tamto pytanie o pisanie nie dawało mi spokoju - że przedstawię owej siostrze kilka wybranych tekstów z bloga, takich bardziej świętych, na przykład [pocztówki z poczekalni], no i oczywiście tych, w których wspominam klasztor X. I tak zaczęło się porządkowanie opowiastek, do których od dawna nie zaglądałam.

A więc porządkuję dawne opowieści, a porządkując zaglądam nieraz do wersji oryginalnej, tutaj w salon24.pl nadal zapisanej, na przykład w celu ustalenia daty publikacji. Tak więc chociaż pożegnałam się rok temu, piszę znowu po to, żebym mogła nadal korzystać z dawnych wpisów, i żeby nikt na razie nie kasował mojego bloga z tego powodu, że nic nie piszę. No.


08.09.2018


.

Witaj smutku



1.Służy mi smutek


Tak właśnie, że smutek i że służy, zapisałam sobie trzy tygodnie temu, jako jeden z pomysłów do jednej z kolejnych notek blogowych. Tyle że dwa tygodnie później smutek przestał mi służyć, nerwica i depresja pogłębiły się, stając się trudnymi do przetrwania bez osłony leków, których świadomie unikam od czasu pewnego doświadczenia, które kiedyś tutaj opisałam [Uzdrowiciel]. I zupełnie już nie pamiętam, jak to trzy tygodnie temu chciałam się w tej planowanej notce wymądrzać na temat, w przenośni i dosłownie zbawiennych, owoców smutku. Z dotychczasowych doświadczeń ze wszystkimi dawniejszymi smutkami mojego niekrótkiego życia wiem, że duchowe owoce tychże bywają rzeczywiście zbawienne, ale już nie pamiętam tego oczyszczającego mechanizmu. Tonący Jezusa się chwyta, a nie poradników życia duchowego. A kiedy Jezus wydaje się milczeć, to brzytwy się chwyta.



2. Okno na podwórze


Kamienica, w której mieszkam nie ma podwórza, a jedno z moich okien, które można byłoby nazwać tylnym oknem z widokiem na podwórze, gdyby podwórze na jej tyłach było, wychodzi na ogólnodostępny całodobowy parking leżący na miejscu dawnego niewielkiego skwerku, który założono po wojnie na pustym miejscu po ciągu poniemieckich kamienic kompletnie spalonych pod koniec wojny przez sowieckich żołnierzy, zanim moje miasto z niemieckiego stało się polskie.


W przyległej kamienicy, której tylne okna również wychodzą na obecny parking na miejscu dawnego skwerku, który był jednym z placów zabaw mojego dzieciństwa, umarł dzisiaj samotny człowiek. Wiem, że umarł, ponieważ widziałam przez tylne kuchenne okno samochody straży pożarnej, straży miejskiej i policji, karetkę pogotowia, a niedługo potem widziano w tym samym miejscu furgonetkę zakładu pogrzebowego oraz jego pracowników wynoszących na noszach wypełniony plastikowy worek.


Znajomi z sąsiedztwa wspominają starszego korpulentnego mężczyznę z bródką, poruszającego się o lasce i mówiącego z mocnym wschodnim zaśpiewem, często przesiadującego na ławeczce na drodze prowadzącej do naszego parafialnego kościoła, do którego regularnie chodził w każdy niedzielny poranek, a ja nie wiem o kim mówią i nie wiem, czy tego człowieka żyjącego w sąsiedniej kamienicy nigdy nie zauważyłam, czy raczej go nie pamiętam, ponieważ również mam już swoje lata.


Nie wiem, skąd przyszła do mnie myśl, że zmarły dzisiaj mężczyzna chodził o lasce, skoro moja topograficznie najbliższa sąsiadka, która najlepiej orientuje się w życiu naszej okolicy, gdyż całymi godzinami jak na strażniczej wieżyczce przesiaduje w oknie, twierdzi, że nie nosił żadnej laski, natomiast od czasu do czasu zanosił do domu piwo zakupione w sklepie znajdującym się w bezpośrednim sąsiedztwie okna mojej sąsiadki.


Pewnie dlatego nie pamiętam zmarłego, gdyż w odróżnieniu od sąsiadki nie przesiaduję w oknie, ponieważ nigdy nie pociągało mnie takie spędzanie czasu, natomiast o sensacjach z naszej okolicy i tak dowiem się, i to nie z lokalnej prasy, radia czy telewizji, z których zresztą nie korzystam od bardzo dawna. W czterech ścianach mojego mieszkania żyję sprawami, które mnie interesują [Klauzura].


Kilka lat temu taki właśnie napisałam wstęp do jednej z planowanych kolejnych opowiastek [rzeczy nowe]. Nie wrócę już jednak do niej, chociaż pamiętam, że w dalszej części chciałam wspomnieć o tym, że ten plastikowy worek, który pracownicy zakładu pogrzebowego wynosili z sąsiedniej kamienicy, to było gnijące ciało tamtego mężczyzny. Natomiast w dalszej części tekstu miałam drobiazgowo powspominać czasowo wcześniejszą, szeroko zakrojoną renowację starej części mojego miasta, której postępy jednak obserwowałam z okna swojej kuchni. Bohaterem spinającym opis miał być młody brukarz, którego zawodowe poczynania codziennie z sympatią śledziłam, i któremu nawet nadałam imię: Kocurek.



3. To widać, to słychać, to czuć


Nie napiszę horroru, ponieważ horrorów nie lubię czytać. Na podstawie mojej powieści nie zostanie nakręcony żaden horror, ponieważ horrorów nie lubię oglądać. A przecież jako autorzy, czyż nie mamy tworzyć takich książek lub filmów, które sami chcielibyśmy konsumować jako odbiorcy?


Znam jednak przykłady żywych ludzkich zombies, które proszą się wręcz o napisanie o nich. Ludzie wydrążeni od środka przez życiowe koszmary, które musieli jakoś przeżyć, i które uczyniły ich własne życie horrorem pierwszej klasy dla innych.


Oto wstęp do kolejnej planowanej notki, tym razem w cyklu [powieść nr 2], która także nie znajdzie swojego dalszego pisarskiego ciągu, chociaż pamiętam, w jakim kierunku chciałam poprowadzić narrację. Tekst miał być rodzajem psychologicznego portretu/studium manipulatora, a tytuł nawiązaniem do programowania neurolingwistycznego, a szczególnie do stosowanej tam metody warunkowania, zwanego kotwiczeniem, którym ktoś kiedyś, w prywatnych relacjach, próbował mnie omotać i zniewolić. W puencie pewnie znalazłby się cytat wypowiedzi innej osoby, który również kiedyś zanotowałam: - Pani Alicjo, zapraszam na przesłuchanie. - Takim bezmyślnym tekstem noszącym cechy języka handlowej perswazji zwróciła się do mnie nieznajoma policjantka, wręczając mi na progu mojego mieszkania oficjalne wezwanie na przesłuchanie w charakterze świadka w sprawie o zakłócanie ciszy nocnej przez bywalców któregoś z licznych klubów czy pubów wokół mojego domu [Taniec i różaniec, czyli twardy metal do zgryzienia].



4. Sześć i pół, albo pieskie życie


Trasa naszej, to znaczy Kasi Wichrowskiej, jej dwóch córek i mojej, kolejnej wakacyjnej podróży od morza do gór zależała w tym roku od stanu zdrowia pewnej suki, ponad stuletniej, jeśli wiek czternastoletniego psa przeliczyć na lata życia człowieka. Po dziesięciu dniach pobytu w moim domu i w moim mieście nad morzem, nasz postój w centrum kraju, w miejscu stałego zamieszkania Kasi, zależał od tego, czy suka S., będąca członkiem rodziny Wichrowskich, będzie wtedy jeszcze żyła, czy już nie. Zawodowe wyjazdy Pana Wichrowskiego, który wcześniej pozostał z S. w domu, powodowały bowiem konieczność zaopiekowania się suką przez Panią Wichrowską, co oznaczało zabranie psa wraz z nami na dalszą część wakacji w górskim domu Państwa Wichrowskich.


Wilczurowata, brązowo podpalana, mądra i cierpliwa suka S., którą bardzo polubiłam, jest już bardzo słabiutka, ale jeszcze potrafi unieść na osłabionych reumatyzmem nogach swoje ciężkie ciało. Tak więc właśnie zrobiłyśmy dwudniowy postój w centrum kraju, w celu przetransportowania na południe starego stworzenia. Moi gospodarze w międzyczasie porządkują swoje domowe sprawy, a ja wyciągam nogi po długiej podróży samochodem, przed jej kolejnym długim odcinkiem, i w połowie Kasi i moich wspólnych wakacji piszę ten tekst, aby zdać sprawę z naszej siódmej letniej przygody. Tymczasem po domu Państwa Wichrowskich kręci się  żwawo inny piesek, cztero i pół miesięczna, bardzo żywotna i figlarna, formalnie należąca do Młodszej Panny Wichrowskiej, suczka W., która od początku wakacji konsekwentnie wędruje po kraju ze swoją dziesięcioletnią panią, i która prawie dwa tygodnie temu wraz z moimi gośćmi zjawiła się w moim domu.


Kasia Wichrowska, w której życiu suczka W. jest dziewiątym czy dziesiątym psem, jaki znalazł się pod jej bardziej lub mniej bezpośrednią opieką, nie może wyjść z zadziwienia, ile ta mała psina poznała już świata w swoim krótkim życiu, a szczególnie przez pierwsze osiem tygodni tegorocznych szkolnych wakacji: najpierw nowy dom z niewielkim podwórkiem w centrum kraju, który dzieli ze spokojną i zmęczoną życiem suką S., potem drugi dom ze sporym trawnikiem w górach, następnie mieszkanie teściowej Kasi i moje mieszkanie, oba nad morzem. Ile nowych wrażeń, ile nieznanych zapachów, jaki psi zawrót głowy!


Czym zapachniała suczce W. część lata spędzona w moim towarzystwie? Poza nowymi zapachami kolejnego mieszkania oraz poznanymi już z grubsza zapachami morza, plaży oraz wydm, na pewno zaintrygowało W. małe przydomowe zoo moich znajomych, do którego zabrałam swoich gości, a które składa się aktualnie z licznych psów, czterech kotów, pary morskich świnek, czarnego królika i czarnej kozy oraz kucyka w biało-brązowe łaty. Na podwórku wokół domu leżącego w pobliżu rzeki, która przepływa przez moje miasto, wyczuć można było zapewne również ślady pozostawione przez podchodzące z nadrzecznych lasków dziki oraz sarny.


Zakończone zaledwie miesiąc temu wspólne letnie wakacje były siódmymi z kolei, na które miłosiernie z mojego agorafobicznego potrzasku wywozi mnie moja przyjaciółka z internetu, a konkretnie stąd, z salonu24.pl [ramię w ramię]. Dlaczego więc „sześć i pół” w tytule? Po raz pierwszy bowiem notkę o nich zaczęłam pisać z samego środka wakacyjnej przygody, i tak chciałam swoją relację pozostawić: urwaną w połowie, niedokończoną, jak wiele spraw w życiu


Tymczasem nie dokończyłam nawet tej niedokończonej, nie dopełniłam jej relacją prowadzoną z perspektywy suczki W., jak zamierzałam, o tym jak podczas pobytu u mnie nad morzem pochorowały się Panny Wichrowskie, jak starsza z nich wraz z mamą zniknęła na jedną dobę, a potem obie wróciły pełne dziwnych nowych zapachów zebranych z dwóch szpitali, jak w międzyczasie z Młodszą Panną Wichrowską, która szybciej stanęła na swoje dziesięcioletnie nóżki, oraz ze mną, suczka W. wybrała się do eleganckiej włoskiej restauracji, czy też o tym jak na wielkopolskiej ziemi wraz z innymi gośćmi tańczyła w klasztorze należącym do jednego z żeńskich zgromadzeń zakonnych, na hucznym przyjęciu po uroczystości złożenia ślubów wieczystych przez - między innymi - moją cioteczną siostrzenicę. Natomiast już z ludzkiej perspektywy, chciałam opowiedzieć o tym, jak jeszcze w moim domu nad morzem odwiedziła nas zaprzyjaźniona rodzina Państwa Fymów, oraz o tym, że kilka tygodni wcześniej gościłam przez uroczy tydzień Ewę Filipczuk. Chciałam opowiedzieć, ale już nie opowiem.


5. Zakończenie


No cóż, było i skończyło się. Skończyła się moja równo dziesięcioletnia przygoda z salon24.pl. Już nie mam do niego serca, o czym informuję wszystkich Gości i Przyjaciół mojego bloga. W sercu zachowuję jednak stare dobre czasy – i Was. Zmieniony salon24.pl nie zachęca już do kameralnego, osobistego pisania [Yellow Pages], a innego takiego środowiska, jakie tutaj kiedyś, u jego początków, stworzyli blogerzy i komentatorzy, nie znalazłam i szukać nie zamierzam. Teraz mam nadzieję popracować nad przeniesieniem do internetu mojego zawodowego opus magnum, czyli autorskiego programu skutecznie pomagającego rozpocząć naukę języka angielskiego osobom dorosłym, głównie tym nieposiadającym wcześniejszych doświadczeń ze wspomnianym językiem, w czym od strony informatycznej wspiera mnie (oraz Kasię Wichrowską, główną inicjatorkę/inwestorkę przedsięwzięcia) SławekP, również przyjaciel, również z internetu - stąd.


A tak się zaczęło, w październiku, dziesięć lat temu: trzy wpisy


01.10.2017


.

Byk na byku


MÓJ NAGROBEK

Bardzo trafną inskrypcję widziałam ostatnio na jednym z przypadkowo mijanych grobów na cmentarzu, na którym kiedyś pochowani zostali moi najbliżsi, i na którym pewnie kiedyś również spocznę. Świadomość trafności myśli wykutej w kamieniu zachowałam do teraz, chociaż już nie pamiętam jej treści. Jednak nie jestem tym ani za bardzo zaniepokojona, ani zdziwiona, ponieważ nigdy nie miałam głowy do szczegółów.

Myśl z innego nagrobka, który na tyle często mijam, że wyryta na nim sentencja („byliśmy tym, czym jesteście - będziecie tym, czym jesteśmy”) wryła mi się w świadomość tak, że mogłabym zacytować ją na swoim własnym grobie, gdyby ostatnio wydane dyspozycje dotyczące jego słownej oprawy nie stanowiły inaczej: imię i nazwisko; urodzona zmarła; krótkie przypomnienie, że w życiu i w śmierci należymy do Stwórcy (Rz 14, 7-9); oraz - internetowy adres mojego bloga. Na wypadek, gdyby ktoś przechodzący chciał coś ciekawego poczytać, oraz na świadectwo, że spoczywająca w grobie była tym, czym przechodzący lub przechodząca jeszcze jest.

Historia z bykami sprzed czterdziestu lat, niedawno wspominana przeze mnie na moim pośmiertnie polecanym blogu, być może nie zawiera wzniosłego ogólnoludzkiego przesłania, ale jest na tyle dobrze opisana, że choćby z tego powodu warto będzie ją czytać zarówno za kilka miesięcy, jak za kilkadziesiąt lat, albo nawet za lat kilkaset, jeżeli nasz świat, albo choćby nasz internet, nie wspominając o moim nagrobku, będą wtedy jeszcze istniały.


JEJ PAMIĘTNIK

Nawiązując obecnie do wcześniejszej opowiastki z udziałem byków [Rollercoaster], prostuję niniejszym błędy, czyli byki, czy chociażby nieścisłości, które zakradły się do niej z powodu mojej słabej pamięci do szczegółów. Czynię to korzystając z okazji, że właśnie dowiedziałam się, iż nadal istnieje dokument, w którym niemalże pół wieku temu na bieżąco zapisano, jak sprawa z bykami wyglądała. Moja przyjaciółka z czasu ówczesnych wspólnych studiów, która uczestniczyła w tamtych wydarzeniach, udostępniła mi bowiem kilkanaście dni temu swój pamiętniczek spisywany wtedy na gorąco:

8 sierpnia 1976. Bieszczady, namiot, deszcz. Siedzę teraz w progu namiotu u stóp Prowincjałki i P., patrzę na Zalew Soliński. Deszcz pada od czasu do czasu i właściwie nie ma co robić. Wszyscy odpoczywamy po wczorajszych przygodach.

Dzięki pamiętnikowi Ani wiemy, kiedy dokładnie na naszej drodze stanęły bieszczadzkie byki, a co więcej, że dawałyśmy im odpór jedynie we dwójkę, a nie w trójkę, jak sądziłam, gdyż mój ówczesnych chłopak (P.) w tym samym czasie gubił się w lesie z dala od naszego obozowiska w poszukiwaniu jedzenia w tamtej dzikiej okolicy. Ciekawe, że zapamiętałam przygodę z bykami, chociaż nie we wszystkich szczegółach, ale zupełnie wymazałam z pamięci opowieść P. o jego równoległej traumatycznej wyprawie w poszukiwaniu zaprowiantowania. Być może stało się tak dlatego, że niedługo po opisywanych wydarzeniach przyszło mi zapomnieć o P., równocześnie pewnie zapominając o bieszczadzkich emocjach związanych z jego osobą i z jego obecnością.


NASZ DZIEŃ

Przez lata pamiętałam, że pewnego dnia podczas tamtej wędrówki przez bieszczadzką głuszę Ania podjęła próbę dotarcia z naszego obozowiska nad solińskim zalewem do jakiegoś sklepu w celu koniecznego zakupu jedzenia, ale jednocześnie wydawało mi się, że była to próba jedyna i udana, gdy tymczasem zgodnie z pamiętnikiem było tak:

Kończyła się nam już żywność, więc postanowiłam wybrać się do Teleśnicy Sanny. Z mapy wynikało, że są tam jakieś zabudowania i miałam nadzieję, że coś kupię. Wydawało mi się, że to bardzo blisko i można iść brzegiem jeziora. Niestety co kawałek pasły się tam byki i musiałam drapać się w górę, by je omijać. Zaczęłam sobie wyobrażać, że jestem łączniczką dwóch oddziałów partyzanckich i omijam niemieckie posterunki. Wyszłam na połoninę widoczną z naszego namiotu, za którą myślałam, że będzie już ta wioska. Niestety nic tam nie było. Poszłam więc dalej i gdy wyszłam na górkę zobaczyłam, że naokoło są tylko lasy, góry i jezioro. Zeszłam na dół do namiotu wśród drzew i tam dziadek podobny do Hemingwaya z wnuczką nastolatką powiedział mi, że jestem już w miejscu, gdzie kiedyś była wioska, ale została zalana wodami jeziora solińskiego, a najbliższy sklep jest w Teleśnicy Oszwarowej, w zupełnie przeciwnym kierunku.

Ania wracała więc zbierając poziomki i podziwiając dziewiczy las przypominający jej czasami puszczę, a czasami dżunglę, ze ścieżkami wydeptanymi raczej przez zwierzęta niż przez ludzi. Jedynie gdzieniegdzie nad jeziorem, nad które zeszła z zalesionej góry, biwakowali turyści, a wokół trwał nieopisany spokój i cisza, tylko czasem przerywane terkotem motorówki:

Szłam więc tak sobie, ciesząc się, że byki nie okupują już brzegów jeziora. Niestety niedaleko naszego namiotu pasło się całe stado i to tak, że nie mogłam przejść ni górą ni dołem. Chciałam już cofnąć się i prosić kogoś, by przewiózł mnie łódką, ale zobaczyłam, że brzegiem jeziora idzie trzech chłopaków, poszłam więc za nimi i dostałam się do namiotu, wokół którego krążyły już byki, a Prowincjałka i P. spali jak susły. Byłam potwornie głodna i zdenerwowałam się, że nawet nie pomyli naczyń z poprzedniego dnia.

Zdesperowana Ania widać skutecznie przywołała nas do porządku, gdyż P. - jak wynika z notatek - natychmiast wyruszył do sklepu w Teleśnicy Oszwarowej na zakupy, a ja zaczęłam w wodach jeziora z zapałem zmywać naczynia. I wtedy:

Byki zaczęły krążyć niebezpiecznie blisko namiotu i Prowincjałki. Wołałam ją, by wracała, ale nie chciała. Jeden stary byk z czerwonymi oczyma stanął za nią i gapił się. Prowincjałka zdrętwiała siedziała na kłodzie drzewa nad jeziorem, bojąc się poruszyć, a byk zbliżał się coraz bardziej. Inne podchodziły już do namiotu, gdzie stałam. Rzuciłam kamień do jeziora, by odciągnąć uwagę tego byka od Prowincjałki, ale on ani drgnął, a za to te niedaleko mnie zaczęły mi się przypatrywać, a dwa z nich poczęły brać się za rogi. Zlękłam się nie na żarty, bo mogły wpaść na namiot i mnie stratować. Prowincjałka tymczasem nie mogła już wytrzymać nad jeziorem, więc wolniutko wstała i odeszła w przeciwnym niż namiot kierunku. Ja schowałam się przed nimi do namiotu i tam drżałam ze strachu i modliłam się, żeby one już sobie poszły. Tymczasem nie miały najmniejszego zamiaru zrobić tego. Chrupały trawę wokół namiotu, zabierając się za linki, przechodząc zaczepiały o nie, tak że cały namiot się trząsł i gdyby nie to, że trzymałam maszty, runąłby na mnie.

Dopiero czytając pamiętniczek przyjaciółki przypomniałam sobie epizod ze starym bykiem za moimi plecami. Wcześniej nie pamiętałam ani tego, że jedynie we dwójkę musiałyśmy dawać moralny odpór bliskości byków, ani tego, że myłam wtedy w jeziorze naczynia. Wydawało mi się, że przez cały czas byliśmy we trójkę w namiocie, gdy tymczasem dopiero w końcowej fazie inwazji przeszłam do namiotu, dołączając do Ani:

W końcu byki odeszły kawałek i Prowincjałka wróciła do namiotu. I za chwilę one znowu nawróciły i zaczęły szarpać linki. Siedziałyśmy jak trusie bojąc się głośniej odetchnąć. I nagle wszystkie byki zaczęły uciekać. Okazało się, że przyszedł jakiś pasterz od tych byków i przegonił je. Z ulgą wyszłyśmy z namiotu błogosławiąc tego człowieka.


JEGO NOC

Byki poszły, ale nasz towarzysz nie przyszedł. Do późna w nocy - jak opisano w pamiętniczku - paliłyśmy ognisko, pohukiwałyśmy w nocnej ciszy, nasłuchując, czy P. nie nadchodzi, albo czy nie woła do nas na tym ciemnym bezludziu, ja nawet podobno szalałam z niepokoju, aż wreszcie poszłyśmy spać, stwierdziwszy, że kiedy P. dotarł do sklepu musiało już być ciemno, więc pewnie postanowił przenocować we wsi. Rankiem okazało się, że było całkowicie inaczej, a dramatyczna całonocna przygoda P. spisana w starym pamiętniku zasługiwałaby na osobną blogową opowieść, chociaż bez udziału byków, ale za to z dzikami w tle. Niewykluczone zresztą, że w bezmiarze internetu ktoś inny już tę historię opowiedział. Albo kiedyś opowie.


20.11.2016


UZUPEŁNIENIE: [Byk na byku. Postscriptum]


.

Aniele Boży!


Nie wiem, czy mój Anioł Stróż ma jakieś imię, podobne do imion aniołów z najwyższej półki niebiańskiej hierarchii, Michała, Gabriela i Rafała, ale jeśli nie ma, to mogę nazywać Go – Jastrzębski.

*

Dawno temu, kiedy prowadziłam własną firmę, zadzwonił do biura mężczyzna, który przedstawił się takim nazwiskiem jako pracownik Ministerstwa Finansów i spytał pracownicę, która odebrała telefon, czy mamy zezwolenie na przeprowadzenie loterii promocyjnej, którą właśnie ogłosiliśmy. Loteria miała niewielki zakres, więc nawet nie przyszło mi do głowy, że może być potrzebne jakieś zezwolenie.

Obawiałam się, że za telefonem mogła stać któraś firma konkurencyjna, tym bardziej więc formalności należało dopełnić. Przestudiowałam odpowiednie przepisy i bez trudu zdałam w Ministerstwie Finansów egzamin z ich znajomości, podchodząc do niego w nobilitującym towarzystwie przedstawicieli Totalizatora Sportowego oraz Reader's Digest, i do dziś pamiętając, że organizator loterii ma obowiązek korzystać z bębna losującego.

Po zakończonym egzaminie postanowiłam odszukać pana Jastrzębskiego. Komórka do spraw gier losowych oraz zakładów wzajemnych umiejscowiona w podziemiach budynku Ministerstwa Finansów nie była wielka, więc odszukanie tej osoby nie powinno było być trudne. Okazało się jednak, że nikt o takim nazwisku nie był w niej znany, a co więcej w całym ministerstwie nie pracował żaden człowiek tak nazywający się.

Wróciłam więc do domu, dokończyłam loteryjne dzieło, oczywiście nie zapominając o zastosowaniu bębna losującego, a zaprzyjaźniona radczyni prawna, z której porad często korzystałam, poradziła mi, żebym w przyszłości, zanim zacznę realizować swoje liczne pomysły, najpierw konsultowała je z nią. Swój wywód zakończyła słowami: - Ale teraz przynajmniej wiesz, jak się nazywa twój Anioł Stróż!

*

Dzisiaj Kościół obchodzi oficjalne coroczne wspomnienie świętych Aniołów Stróżów, o których ja pamiętam nie tylko od święta. Niezależnie od tego jak mój niebiański opiekun nazywa się naprawdę, mam mu sporo do zawdzięczenia, o czym już kiedyś pisałam w notce [Czasami upadam].


Tak mówi Pan: "Oto Ja posyłam anioła przed tobą, aby cię strzegł w czasie twojej drogi i doprowadził cię do miejsca, które ci wyznaczyłem. Szanuj go i bądź uważny na jego słowa. Nie sprzeciwiaj się mu w niczym, gdyż nie przebaczy waszych przewinień, bo imię moje jest w nim. Jeśli będziesz wiernie słuchał jego głosu i wykonywał to wszystko, co ci polecam, będę nieprzyjacielem twoich nieprzyjaciół i będę odnosił się wrogo do odnoszących się tak do ciebie. (Wj 23, 20-22)


Aniele, pozdrawiam! :)


02.10.2015


.